sobota, 7 października 2017

Wpis 54. Opowieść „Rozmowy z Bogiem” bardzo mnie poruszyła.



Ten obraz po raz pierwszy obejrzałem kilka lat temu. Już wtedy na mojej żonie i na mnie wywarł bardzo duże wrażenie. Z miejsca byliśmy przekonani o prawdziwości tych wydarzeń, jakie zostały przeniesione na ekran. Niektóre rzeczy z pewnością zostały ubarwione, lecz nie zmienia to faktu o przesłaniu jak najbardziej obowiązującym do chwili obecnej. A zwłaszcza w tych dniach, bo widząc co się dzieje na całym świecie, to chciałoby się wołać na ludzi od rana do nocy, by w końcu się opamiętali i poszli po rozum do głowy, po człowieczeństwo do serca. Jednak nie będziemy o tym szczegółowo pisać. Około miesiąca temu nabrałem ochoty na ponowne jego obejrzenie. Lubię nastrój tego filmu, w którym razem z głównym bohaterem przemierzamy różne koleje życia. Koleje życia prowadzące na samo dno osamotnionego zmagania się z trudami codzienności, a następnie wiodące do odmiany tego życia nie do poznania. I wcale nie chodzi tu o ukazanie drogi prowadzącej na wyżyny powodzenia przeciętnego człowieka, jaki ma dużo pieniędzy. Liczy się coś o wiele, o wiele bardziej ważnego. Liczy się to, że każda osoba, ale to każda bez wyjątku ma bezpośrednią łączność z Najwyższym Stwórcą, tylko niestety nie jest tego na ogół świadomą, a to za sprawą… No właśnie, za sprawą kogo lub czego? W sumie to pytanie można skwitować krótkim „nie wiem”, albo można też zacząć doszukiwać się tego prozaicznego powodu, w związku z którym utarło się błędne przekonanie, że tak po prostu jest i nie da się z tym już nic zrobić.
.

I dopóty tak właśnie myślimy, dopóki nie zajaśnieje w głowie myśl, że przecież wszystko jest możliwe. A tych wszystkich możliwych rzeczy, jakie się w filmie pojawiają jest aż nadto. Dla każdego widza jest ich pod dostatkiem, żeby się nimi cieszyć, smakować je i podziwiać ich cudowne pojawienie się w najbardziej odpowiedniej chwili. I na tym właśnie polega cud wiary, kiedy na przykład pomoc przychodzi w najbardziej odpowiedniej chwili, a w dodatku bez najmniejszego działania z naszej strony. Jak coś dobrego ma się stać, to nie ma takiej siły, żeby w tym przeszkodzić. Jedyny warunek to nasza wytrwałość do samego końca. A wtedy ten koniec wygląda o niebo lepiej. I właśnie to najbardziej mi się w tym filmie podoba. Główna postać tego opowiadania nie wycofała się, nie zawróciła w połowie drogi. Oczywiście nie byłoby to możliwe bez pomocy Istot Duchowych - to na pierwszym miejscu, lecz trzeba bezstronnie przyznać jej odważną postawę. I oby zawsze i wszystkim taka odwaga dotrzymywała kroku w codziennej wędrówce wiary.

I chyba zgodzimy się, że sama wiara bez uczynków (puste słowa) jest martwą, więc praktyka właśnie ma tę cudowna siłę sprawczą, byśmy wiarą naprawdę żyli a nie tylko udawali swą przynależność do żywych, będąc jedynie chodzącymi trupami. Tak, zawsze łatwo powiedzieć a trudniej to uczynić. Chociaż na dobrą sprawę dla chcącego nic trudnego. Chcieć to móc, więc żaden kłopot.

A zachętą do tego jest garść prostych prawd, jakie pojawiają się w filmie. Twórcy nie przesadzili z nimi. Odpowiednio i z umiarem dodali je we właściwych chwilach tej opowieści. I złapałem się na tym, że za pierwszym razem nie były one dla mnie tak przekonujące, jak to się stało przy powtórnym obejrzeniu tego obrazu. Być może musiało minąć kilka lat i musiał się zwiększyć bagaż życiowych doświadczeń, by te prawdy móc ujrzeć w zupełnie innym świetle. W każdym razie teraz stały się one dla mnie bardziej zrozumiałe. Teraz już bardziej mogłem się z nimi utożsamić.

Oto pierwsza z nich: „Sam jesteś twórcą zasad. Miłość jest wszystkim. …Jednak w dobie troski, wątpliwości czy lęku wolisz o tym zapomnieć. Powinieneś tylko odpowiedzieć sobie na proste pytanie - co Miłość by teraz zrobiła”.

Czyż nie brzmi to nadzwyczajnie? Same i sami ustalamy sobie zasady wszystkiego! Pełna wolność! Wolność - tak, lecz nie swawola, ponieważ z miejsca otrzymujemy jedną jedyną wykładnię tego prawa, a jest nią Miłość. Możemy więc dowolnie tworzyć wszystkie zasady, ale pod jedynym warunkiem pamiętania o Miłości, przestrzegania i zachowania jej w każdej literze naszego prawa. To właśnie kierując się prawdziwą Miłością, czystą, ufną, wierną, wzniosłą, nie potrzebujemy żadnych innych wskazań co do właściwego postępowania i odpowiedniego życia. Jedno jedyne prawo miłości - szanuj bliźniego swego jak siebie samego i kochaj Ojca Niebieskiego - zawiera w sobie całe tomy i tony drobiazgowych przepisów prawa administracyjnego, cywilnego, handlowego, karnego i nie wiadomo jakiego jeszcze.

Spójrzcie jaka to oszczędność! Tylko i wyłącznie wystarczy znajomość jednego jedynego prawa i sprawa załatwiona! Nie trzeba się tyle uczyć i zapamiętywać najróżniejszych kodeksów, ponieważ tak naprawdę są one zupełnie zbędne. Stanowią one jedynie rozległą i szczegółową podstawę naszego postępowania, na szczycie którego zawsze powinna być Miłość! Innymi słowy, całe nasze zachowanie jest uwarunkowane właśnie nią i to w sposób najlepszy i doskonały. A jeśli doskonałymi wciąż nie jesteśmy, to przecież nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy do tej doskonałości zmierzały i zmierzali. Czyż nie tak postąpiła by właśnie Miłość? Czyżby nie chciała naszego dobra na równi z dobrem innych?

I podstawowa sprawa, wyzbyć się strachu. Tak jak teraz, to chyba nigdy wcześniej nie był on obecny tak wyraźnie w każdej dziedzinie naszego życia. Zresztą możni tego świata już dobrze o to zadbali. Bardzo umiejętnie się nim posługują, wpędzając nas na dobre w pułapki bez wyjścia, w porównaniu z którymi ich straszenie jest po prostu śmieszne.

„Wieść życie bez oczekiwań i potrzeby szczególnych skutków - oto jest wolność”.

Tak naprawdę, to któż z nas nie marzy o wolności… Najczęściej im bardziej o nią zabiegamy, im bardziej jej pragniemy, tym bardziej popadamy w coraz to więcej różnych układów, uzależnień, zależności. A to co powszechnie wiadomo, że za pieniądze można mieć wszystko, to właśnie w największym stopniu czyni z nas niewolników. I to takich ostatnich, bez prawa do wypowiedzenia choćby jednego słowa w swojej obronie.

Życie bez oczekiwań i potrzeb. Inaczej - bez chorych ambicji i konieczności dokonania wszystkiego za wszelką cenę, jak również bez zazdrosnej chęci górowania nad innymi i ukazania całemu światu kto tu rządzi. Prawdziwa wolność to żyć życiem, a nie żadnymi jego pozorami. Wolność to uchwycenie z tego co proste, co takie zwyczajne szczegółów prawdziwych wartości i podążanie za nimi. Wolność to dojrzałość i przeciwieństwo zachcianek. Bycie wolną i wolnym jest jak ulecieć na skrzydłach zachwytu ponad codziennością. To jest tak jak rodzić się wciąż na nowo i mieć przed sobą całe życie. Wolność to pełna niezależność, zwłaszcza od ograniczeń doczesności. Wolność to duchowość.

„Pamiętaj, że jesteś w stałym procesie tworzenia siebie. W każdej chwili decydujesz kim i czym jesteś. Czynisz to poprzez wybory, które podejmujesz zależnie od tego kto i co wzbudza twoje uczucia”.

Wzbudzać określone uczucia, czyli kierować ludźmi. Stajesz się taką osobą, jakimi są twoje uczucia. Uczucia to energia. Wyzwalasz ją w sobie i albo cię unosi, albo pogrąża. „Z kim się zadajesz takim się stajesz”. Zadajesz się z takimi, co cię wykorzystują, więc twoim wyborem jest stawać się taką, takim jak oni. Przeciwnie, należysz do światła to stajesz się jak ono - ciepłe, czyste, jasne, przejrzyste. Światło ukazuje wszelkie braki. Kto ma odwagę w nim przebywać okazuje pokorę, ponieważ zdaje sobie sprawę ze swoich niedoskonałości i dąży do poprawy. Dążyć ku światłu to znać swoje pochodzenie. Pragnąc wieść życie światłe, rozumne, to wysiłek ciągłego poznawania, uczenia się. i tutaj nie są ważne większe czy mniejsze osiągnięcia. Już sam wysiłek podjęcia się tej ciężkiej pracy nad sobą jest wielkim dokonaniem. Nie ma też z czego się szczycić. Człowiek rozumny wie, co w życiu należy czynić.

Strach. Tym się nas stale karmi w tym doczesnym świecie. Władcy ciemności, możni tego świata taką właśnie energią ciągle nas żywią. Chcą, byśmy same i sami strachem tylko były i byli. Strach to słabość, strach to przeciwieństwo Miłości. Życie nie posila się strachem, ponieważ strach jest jego przeciwieństwem, więc jest taką energią, która odbiera życie. A kiedy strach ma nad nami władzę, to znaczy, że już nie należymy do żywych, ponieważ możni tego świata mają nad nami pełną władzę i mogą z nami zrobić wszystko. Mogą i bezwzględnie wykorzystują to przeciwko nam.

Żeby stało się inaczej, to znaczy byśmy naprawdę stały się - stali się tym, kim rzeczywiście jesteśmy, to możemy to osiągnąć właśnie poprzez uczucia, uczucia właściwe. Uczucia nie biorą się z mózgu. Mózg to najczęściej zimne wyrachowanie. To taki ośrodek połączeń nerwowych, który jest odpowiedzialny za właściwe działanie cielesnej powłoki. Nic więcej. Uczucia zaś wypływają z serca. Serce to uczucia. Uczucia to my. A jakie uczucia to takie i serce. Serce jest najważniejsze, ponieważ od niego wszystko zależy. Kierowanie się sercem to słuchanie się głosu wewnętrznego, który jest zawsze słuszny. Kierowanie się sercem jest posłuszeństwem człowieczeństwu. Człowieczeństwu mającemu swój wieczny pierwowzór w Doskonałym Źródle Życia.

„Martwienie się jest cechą umysłu, który nie rozumie faktu swojej łączności ze Mną”.

Mieć łączność z samym Stwórcą i już niczego więcej do życia nam nie potrzeba. Tylko niestety, ten świat, a właściwie ci, co nim jeszcze władają, doskonale zdają sobie z tego sprawę. Dlatego też czynią wszystko co tylko mogą, żeby tę łączność przerwać na wszelkie możliwe sposoby. I jak dotąd, co trzeba bezstronnie przyznać, udaje im się to nad wyraz dobrze. Ale tylko do czasu i na całe szczęście nie ze wszystkimi mieszkańcami tej Planety byli w stanie to osiągnąć. Cała sprawa polega jednak na tym, żeby to zmienić.

To wcale nie większość żyjących tutaj ma wegetować bez łączności ze Źródłem Życia, ale to właśnie wszyscy mieszkańcy Ziemi bez wyjątku mają powrócić do prawdziwego życia. Tylko że najpierw trzeba się dowiedzieć, co ono oznacza, a następnie dostrzec palącą potrzebę, by takie życie wieść. A to jest już kwestią otwartego umysłu.

Można czasem odnieść wrażenie, że martwienie się to nasza wyjątkowa ludzka zdolność (ułomność). Martwimy się o wszystko i o wszystkich. Nie ma dnia, żebyśmy się o coś nie martwili. A same - sami mówimy, żeby się nie zamartwiać na śmierć. Nawet kiedy się modlimy, to i tak potem się martwimy.

Znam taki przypadek w mojej rodzinie, że pewna osoba uważająca się za bardzo religijną (ponieważ codziennie modli się na głos a Biblii nie wypuszcza z rąk, co nie oznacza, że żyje zgodnie z jej naukami) jest człowiekiem tak małej wiary, że nie stać jej na odrobinę zaufania Najwyższej Instancji. Najpierw prosi Ją o opieką nad sobą i swoimi najbliższymi, a potem się o nich martwi, czy nic im się nie stanie w drodze, na przykład z pracy do domu. Ale żarliwie zapewnia, że każdego dnia samego Ojca Niebieskiego prosi dla nich o opiekę. A skoro tak, to dlaczego się martwi? Czyżby akurat tego dnia zapomniała poprosić o pomoc i opiekę? Sam jestem człowiekiem małej wiary, lecz pracuję nad sobą i staram się poprawić.

Nie ukrywam, że często też się martwię, na przykład co będziemy jeść następnego dnia albo skąd weźmiemy pieniądze na opłatę rachunków. Jednak ostatnio brakuje mi do tego już sił. Powoli przestaję się więc martwić, gdyż w końcu coraz wyraźniej dostrzegam pomoc otrzymywaną z Wysokości. A jest ona tym bardziej cudowną, ponieważ nadchodzi w najodpowiedniejszej chwili. Sama pomoc jest już doskonałą, tak jak doskonałą jest chwila, w jakiej się ona pojawia.

A zatem zrozumieć fakt łączności z Ojcem Niebieskim, to w tym przypadku umieć posługiwać się umysłem. Trzeba więc umieć myśleć. Kto nie myśli jest głupcem i jest ślepy. Umieć dostrzec stałą i niczym nie zmąconą łączność ze Źródłem Życia to właśnie jest życie. I chociaż byłoby to najbardziej marne życie, to przecież tym życiem jest nadal i nigdy nie przestaje nim być! Mimo wszystko i pomimo najgorszego zła, jakiego mogliśmy się w tym wcieleniu dopuścić, to nadal żyjemy i wciąż mamy łączność ze Źródłem Życia.

Tylko niestety, tak jak tego zła same i sami się dopuszczamy, to tak samo na własne życzenie również się uśmiercamy poprzez niepotrzebne zamartwianie się o wiele rzeczy, najczęściej wcale od nas niezależnych. Martwić się, to nie zdawać sobie sprawy z podstawowej rzeczy. Martwić się to tak jak w sposób sztuczny przerwać swoje połączenie z Największą Energią, Jaka tylko istnieje w całym Wszechświecie! A to nie tylko w Nim, bo w ogóle we wszystkich Światach i Wymiarach!

Jak w takim razie można być tak nierozumną i nierozumnym, żeby nie zdawać sobie z tego sprawy?! To nie tylko uwłacza naszemu umysłowi, lecz przede wszystkim naszemu boskiemu pochodzeniu. W sumie przeczymy mu swoim zachowaniem. Martwić się, to brak podstawowej wiedzy. To doprowadzenie do utraty tego najwspanialszego połączenia, czyli skazanie się na zagładę, na śmierć. A taką jest utrata łączności ze Źródłem Życia. Dlatego podstawową rzeczą jest zdać sobie sprawę z takiego połączenia, umieć o nie dbać, a następnie pielęgnować je jak najlepiej.

„To jest czas, by otworzyć się na Boski Pierwiastek. To przyniesie ci wielki spokój wewnętrzny. A z tego spokoju wypływają wielkie myśli, które mogą rozwiązać największe trudności, jakie możesz sobie wyobrazić. Czy uważasz, że coś jest dla Mnie zbyt trudnym kłopotem do rozwiązania? Czy wyjście z tej matni, to dla Mnie zbyt wielki cud do uczynienia?”.

„To jest czas”. Obecnie mamy Czas Przemiany, zwłaszcza od pieszego dnia roku 2013-go, kiedy to Energia Czwartego Wymiaru zaczęła oddziaływać na Ziemi. Ten czas to zmiana jakościowa. Trzeci Wymiar powoli, niechętnie, lecz ustępuje miejsca Energii Wyższego Rzędu. Skutki tej zmiany nie są jeszcze wyraźnie odczuwalne. Jednak z dnia na dzień po troszeczku się nasilają. Taka zmiana nie może być gwałtowną. W przeciwnym razie nikt by tego nie przeżył, a przecież nie o to chodzi. Mamy się zmieniać w miarę następujących przeobrażeń. Mamy się dostosować do nowych warunków, jakie powoli nastają. Tak, nadchodzą nowe rzeczy. Oznaką mądrości jest umiejętność dostosowania się do zmian. Tym razem takich zmian, co są o niebo lepsze od tego całego bałaganu, piekła na Ziemi.

„Otworzyć się” - umysł jak spadochron - działa wtedy, gdy jest otarty. Otwarcie umysłu, poszerzenie własnych horyzontów myślowych, przełamanie swoich jakichś najczęściej urojonych lęków, wyjście poza wpojone, narzucone nam i na siłę wbite do głowy jakieś bzdurne rzeczy. Potrzeba nam wyjść poza utarte schematy myślowe. Koniecznym jest szersze spojrzenie, by móc uchwycić całość zagadnienia, a nie tylko jakiś mały, jedynie bardzo niewielki jego skrawek.

Otwarty umysł to jak otwarte drzwi. Otworzyć się, otworzyć drzwi. by móc przez nie przejść. Otwarcie drzwi umożliwia wydostanie się na zewnątrz lub dostanie się do wewnątrz. W obu przypadkach otwiera nam przejście, pozwalając na swobodną zmianę naszego położenia. Pozwala na spełnienie się naszej woli - nie pozostawania w tym samym miejscu, czy też zmianę naszego otoczenia. Otwarte drzwi, to szeroko otwarta droga do wykonanie własnego zamierzenia.. Otwarte drzwi - umysł - to wolność pozwalająca sięgnąć nieograniczonych możliwości.

„Boski Pierwiastek”, Boskość w nas samych to nieograniczona moc, potęga, władza najwyższych i czystych wartości. Boskość - Boska Energia jest wielką mocą sprawczą wszystkiego co dobre, właściwe, potrzebne i nieodzowne. Pierwiastek Boski to prowadzenie, to drogowskaz, latarnia morska dla żaglowca, zmierzającego nocą do bezpiecznego schronienia, a który targany burzą życia musi jeszcze przebrnąć przez wzburzone, nieprzyjazne morze.

„Spokój wewnętrzny”, ponieważ mamy na Kim polegać, nie jesteśmy same - sami i to nigdy. Spokój gości w nas wtedy, gdyż mamy siłę i pewność właściwego prowadzenia. Jest potrzebna tylko pokora i uznanie wyższości naszego Duchowego Opiekuna, Nauczyciela.

„Wielkie myśli”, wielkie pomysły, a wreszcie i wielkie dokonania. Czy myśli mogą być czymkolwiek ograniczone? Czy jest ktoś taki, kto mógłby ich nas pozbawić? Jeśli naprawdę jesteśmy wolne i wolni, to nie podlegamy takim ograniczeniom. W przeciwnym razie stajemy się ostatnimi niewolnicami, niewolnikami głównie tego systemu, który chce nas pozbawić odmiennego myślenia, narzucając własne - „jedynie słuszne”. A tak niestety często się dzieje. Czy nie nadszedł już czas, żeby ostatecznie to zmienić?

I czy dla Pana Boga w ogóle jest jakakolwiek trudność, z jaką by Sobie nie poradził? Niech to pytanie pozostanie bez odpowiedzi. Niech każda osoba sama o tym pomyśli. A podpowiedzią niech będzie tutaj cały świat - i ten Zewnętrzny, i ten wewnątrz nas. Zwłaszcza ten Świat Wewnętrzny. Im bogatszy, tym więcej odpowiedzi się w nim znajduje.

„Neal, w ogóle Mnie nie zrozumiałeś i w ogóle sam siebie nie rozumiesz. Nie chcę od ciebie nic więcej niż żebyś był szczęśliwy. Sądzisz, że Mi podlegasz a jesteśmy Jednością. Nie ma rozdzielenia. Chcę dla ciebie tego, co ty chcesz dla siebie - nie mniej ani więcej”.

Same i sami się nie rozumiemy. Nawet nie wiemy o co nam tak naprawdę chodzi. Przed wcieleniem, kiedy jesteśmy w Świecie Ducha ustalamy sobie całe nasze życie. Z wielką ochotą i z wielkim zapałem chcemy je przeżyć zgodnie z własnym zamiarem. Jeśli chcemy życia łatwego, zasobnego w różne doczesne dobra, to żaden kłopot. Przechodzimy przez nie lekko i przyjemnie. Natomiast gdy zależy nam na trudnej lekcji, ponieważ chcemy wznieść się wyżej i osiągnąć większy rozwój duchowy, chcemy się oczyścić, to wybieramy bardzo ciężki los, z jakim chcemy się zmierzyć w czasie danego wcielenia.

Tylko niestety, z chwilą jego rozpoczęcia nie wygląda to już tak wesoło. A w miarę coraz dłuższego bytowania cielesnego, kiedy okazuje się, że jest ono ponad nasze siły, poddajemy się i już nie chcemy podążać za tym, co same i sami żeśmy sobie zażyczyły, zażyczyli. W takim razie same nie wiemy czego chcemy i sami sobie przeszkadzamy w osiągnięciu własnych celów. Z jednej strony chcemy określonych rzeczy, a z drugiej strony do nich nie dążymy. A takie zawracanie w połowie drogi to po prostu dziecinada. Jak się same i sami nie traktujemy poważnie, to jakie mamy prawo oczekiwać tego od innych?

„Nie obchodzą Mnie twoje doczesne osiągnięcia. Ciebie - owszem. Nie musisz się martwić zarabianiem na życie. Prawdziwi mistrzowie wybrali życie a nie zarabianie. Rób to, co naprawdę kochasz. Masz tak mało czasu - jak możesz marnować choć chwilę na robieniu czegoś, czego robić nie lubisz. To nie życie, to umieranie”.

Ile osób spośród nas zajmuje się tym, co naprawdę kocha? Ilu ludzi na świecie robi to, czego nie lubi, bo im za to płacą? Tak, to dopiero nazywa się marnowaniem czasu - zajmować się tym, co nie jest życiem. W takim razie zarabianie pieniędzy, praca w tym celu, żeby stale powiększać sobie ich zapas oznacza śmierć za życia. Tacy ludzie są chodzącymi trupami, do jakich nic nie dociera, bo za życia oddali się pod panowanie śmierci i przeszli do zatracenia. To oni są najbardziej wiernymi wyznawcami tego niesprawiedliwego systemu, ponieważ swoją niewolniczą pracą właśnie go utrzymują. Cały czas są w jego uniżonej służbie oddając się satanistycznym zabobonom. Są trupami i trupie praktyki nie są im obce.

A kiedy okaże się w jakim są błędzie, ponieważ całe swoje życie zmarnowali na coś tak niskiego, co nie ma żadnej wartości, to ciekawe co wtedy sobie pomyślą. Co poczują, gdy ujrzą całą tę marność, jakiej tak zapamiętale się oddali i bez reszty się poświęcili, tracąc to co najwartościowsze, najpiękniejsze i najczystsze? Ale to już ich zmartwienie jak sobie z tym poradzą. I dlatego teraz rozumiem co Mistrz Jezus miał na myśli mówiąc, żeby umarli zajęli się pogrzebem.

Osiągnięcie poziomu mistrzowskiego wymaga wielokrotnego powtarzania tych samych ćwiczeń. Praktyka czyni mistrza. Jednak nie chodzi tutaj o nabycie takich odruchów, jakimi mistrz w danych okolicznościach będzie się bezmyślnie posługiwać. To nie mistrzostwo lecz małpowanie. Prawdziwe mistrzostwo to wykształcenie w sobie takich umiejętności, jakie pozwalają na swobodne posługiwanie się nimi dla dobra innych w każdych warunkach życia.

Sam z trudem rozumiem co właśnie napisałem, ale czuję, że tak właśnie jest. No dobrze, postaramy się to wytłumaczyć na prostym przykładzie. Mistrzowie wschodnich sztuk walki byli bardzo biegli w posługiwaniu się licznymi technikami nożnymi i ręcznymi. Mało tego, mistrzowsko władali wszelką bronią. A była ona często bardzo wymyślna. Nie mogli jednak przewidzieć wszystkiego. Dlatego w czasie walki potrafili sprawnie posługiwać się tym wszystkim, co tylko wpadło im w ręce. A w dodatku wyśmienicie radzili sobie w każdych warunkach walki, bez względu na to, czy był to dzień, noc, upał czy deszcz.

Nabyli takich umiejętności, jakie stały się ich niezawodnym sprzymierzeńcem w posługiwaniu się każdą bronią i to w każdych warunkach, w jakich przyszło im się zmierzyć z przeciwnikiem. Oczywiście nie im samym. Dochodzi tutaj bowiem do głosu najważniejsza rzecz. Mistrzowie sztuk walki korzystali z Energii Kosmosu, jaka przepływa przez ich ciało. To dzięki niej byli niezwyciężeni i doskonali. Tylko że cała sztuka polegała na osiągnięciu takiego poziomu, na którym było to dla nich możliwe. A do tego wiedzie tylko jedna droga - praca, praca i jeszcze raz praca. I to ta najtrudniejsza i najcięższa ze wszystkich, bo nad samą i samym sobą.

„Jeśli chcesz wytworzyć dobrobyt dla siebie - wytwórz go dla kogoś jeszcze”.

Nie bądźmy więc samolubni, pomyślmy też i o innych. Najczęściej myślimy tylko i wyłącznie o czubku własnego nosa, no i oczywiście o wypchaniu własnego brzucha. A wystarczy pomyśleć, o ile ten świat byłby lepszy, gdybyśmy zamiast się przejadać oddali tak marnowaną żywność wszystkim innym potrzebującym. Tak, właśnie tym, co każdego dnia nie dojadają i często cierpią głód. Jedni wyrzucają jedzenie, inni marnują je z powodu obżarstwa, a jeszcze inni nie wykorzystują wspaniałych możliwości pięknego uprawiania cudownej żywności. Ale co tu się dziwić, skoro ten świat stoi na głowie.

„W ogóle Mnie nie zrozumieliście”.

A stoi na głowie tylko z jednego powodu. Z powodu braku zrozumienia Stwórcy Niebieskiego tego całego pięknego Świata. A ten świat może być doskonały, ponieważ jego Autor jest Stwórcą Doskonałym. To, że cały czas ten świat odbiega od Jego zamysłu, może oznaczać tylko jedno - właśnie brak zrozumienia. Bo brak zrozumienia to całe zło na tym świecie. A wydawało by się, że to taka łatwa i prosta sprawa - rozumieć. Ale jak widać wcale nią nie jest. Wszyscy jesteśmy tacy mądrzy, tacy światli i wspaniali, tylko w jakiś zagadkowy i tajemniczy sposób nie potrafimy tego przełożyć na nasze codzienne życie.

Skoro jesteśmy tacy cudowni, to dlaczego ten świat takim nie jest… Skoro jesteśmy wszystkowiedzący, to dlaczego nie wiemy co uczynić, żeby nasze życie było takie jak należy… To naprawdę najgorsza głupota mieć w zasięgu ręki największe skarby życia - zdrowie, szczęście, miłość, dobrobytu, a babrać się w samych przeciwnościach takiego bytowania, jakie przeczy i uwłacza wielkiej godności człowieka.

Nasze życie na tej Wspaniałej Planecie Ziemia może trwać niemal tysiąc lat. Wszyscy możemy wieść je w zdrowiu, szczęściu, miłości, dobrobycie. Właśnie, te skarby są dla nas wszystkich, a nie jedynie dla jakiejś garstki samozwańców, co się ustanowili ponad nami, bo tak się im spodobało. Wydaje się im, że są szczęśliwi, bo mają namiastkę szczęścia. No tak, im się tylko tak wydaje, gdyż są w poważnym błędzie. A to właśnie oni są głównie tymi, co nie potrafili zrozumieć Stworzyciela. Na szczęście nadszedł czas, że to my będziemy mieć okazję zmienić ten Świat i pokazać, co to znaczy naprawdę zrozumieć naszego wspólnego Ojca Niebieskiego.