wtorek, 10 października 2017

Wpis 55. Walka o wodę i o coś jeszcze.


Woda to życie a żyję, bo myślę. Już nie dajemy się oszukiwać i nie kupujemy wody „pitnej”. Wolimy pić tę z kranu. Jednak me tak od razu doszliśmy do takiego przekonania. Przez długie lata kupowaliśmy wodę w baniakach. Oprócz wody butelkowanej jest to jedyna nadająca się do picia, jak się wszystkich tutaj zapewnia. I sami też tak myśleliśmy - do tej pory. Woda w kranie była bardzo niesmaczna. Jej smak przypominał zgniłe glony i nawet po przegotowaniu nie był lepszy. Posłodzenie takiej wody też na niewiele się zdawało. Dopiero wywar z kwiatu jamajki przynosił ulgę, poprawiając smak wody na tyle, że nie trąciła już glonami. Kiedy jednak kwiat jamajki się skończył, nadal byliśmy skazani na picie „glonowej kranówy”, a to z prostego powodu, jakim był brak pieniędzy. Niestety, w kraju w jakim przyszło nam teraz mieszkać, nie ma żadnych „źródełek” takich jak w Polsce, czyli ujęć wody oligoceńskiej albo w ogóle tej znajdującej się głęboko w skałach. Wielka szkoda. Razem z żoną i dziećmi z ogromną tęsknotą wspominaliśmy te odległe czasy, kiedy wystarczyło podjechać do źródełka, aby cieszyć się zdrową, pyszną i czysta wodę, i to za darmo. Trudno, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Grunt, że i tę wodę można pić, bo… gasi pragnienie. Może zabrzmi to dziwnie, ale właśnie tak jest - gasi pragnienie w przeciwieństwie do tej wody ze sklepu. Czemu? Tak zwana woda butelkowana jest chyba największą mieszanką różnych chemikaliów, wciskanych ludziom jako coś, co nadaje się do spożycia. Taka woda jest martwa, niezdrowa i bardzo zanieczyszczona niczym słodzone napoje gazowane. I całkiem niedawno mieliśmy tę wątpliwą przyjemność przekonać się o tym na własnej skórze.
 .

Otóż, któregoś dnia jak zwykle wybraliśmy się do sklepu po wodę. Oprócz tej butelkowanej w sprzedaży jest również i ta w dwudziestolitrowych baniakach. (Moja żona pamięta, że kiedyś były one szklane, a nie z żadnego tworzywa sztucznego!) Po przyjściu do domu od razu chcieliśmy ugasić pragnienie. Ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu woda smakowała jak proszek do prania. I to dosłownie. Jej smak był tak ohydny i wstrętny, że w niczym nie przypominał czegoś do picia. Jednak zanim to zauważyłem, zdążyłem wypić z pół szklanki tego czegoś. A to dlatego, że z kostkami lodu smakowała nieco lepiej, ani nie miała tak nieprzyjemnego zapachu. Ale to nic nie pomogło. To co wypiłem zaraz w łazience zwróciłem i dostałem rozstroju żołądka.

Natychmiast postanowiliśmy zwrócić tę wodę do sklepu. Małżonka zatelefonowała jeszcze do wytwórcy, rozlewni, żeby zwrócić mu na to uwagę. Przyjęli zgłoszenie i po sprawie. A my zaczęliśmy się mocno zastanawiać, co się mogło stać, że została tak ohydnie zatruta. Może któryś z klientów po wypiciu wody trzymał w tym baniaku jakiś płyn do prania? A może wystąpił jakiś błąd pracownika linii produkcyjnej i po umyciu baniaki zostały wypłukane niezbyt dokładnie? No, chyba że któryś z pracowników celowo wlał do jednego z nich trochę chemii, bo akurat chciał się za coś zemścić. Już różne pomysły przychodziły nam do głowy i nie wiedzieliśmy, co o tym sądzić.

Dopiero na samym końcu zaświtało nam pewne podejrzenie. Moja małżonka przypomniała sobie pewne rzeczy, jakie kiedyś zauważyła w związku z tą kupowaną „wodą”. Powiedziała, że zaraz po jej wypiciu czuła, jak szybko przedostaje się ona do żołądka. Woda nie rozchodziła się jakby po całym tułowiu, nawadniając ciało, lecz pospiesznie przechodziła przez układ trawienny i zaraz była wydalana. Ze swojej strony dodałem, że po wypiciu szklanki tej wody w ustach szybko robiło mi się sucho i znów chciało mi się pić. A słysząc to nasz starszy syn stwierdził, że pamięta jak będąc w Polsce zawsze zbierało mu się dużo śliny w ustach. To samo przyznała i moja żona. Będąc dzieckiem miała tak samo, w przeciwieństwie do obecnego czasu. A ja sobie przypomniałem też i taką rzecz. Na przestrzeni kilkunastu miesięcy wiele razy zdarzyło się, że po nalaniu wody do szklanki wyraźnie czułem, że jakoś dziwnie pachnie. Delikatnie mówiąc niebyt świeżo.

I nagle zaczęliśmy coś podejrzewać. Czy to możliwe, aby producenci dodawali do wody jakąś chemię, żeby zamiast gasić pragnienie jeszcze bardziej je wzmagała? Czy rzeczywiście dla osiągnięcia większej sprzedaży byliby w stanie postępować tak perfidnie i podle? Zaraz, zaraz, był przecież taki film, w którym występował Jackie Chan. Jakiemuś kolesiowi dali wodę do spróbowania, właśnie butelkowaną, ale z dodatkiem pewnego nowego składnika. No i jak koleś się jej napił, to tak jakoś od razu wysechł na śmierć.

No to teraz wszystko dla nas stało się jasne. W jednej chwili ujrzeliśmy całą układankę. Tutaj nie chodzi o żadną sprzedaż, o walkę z konkurencją a tym bardziej o zarabianie pieniędzy. Nie liczy się też żadne uzdatnianie wody na wiele różnych sposobów, takich jak stosowanie filtrów zawierających aktywny węgiel, stosowanie odwróconej osmozy, czy nawet jakiegoś tam światła ultrafioletowego. I wcale nie chodzi o dodawanie do wody różnych „zmiękczaczy”, „ulepszaczy” smaku, „minerałów”, albo o wzbogacanie jej właściwości „odżywczych”. Wcale nie! Po prostu ktoś tutaj bawi się naszym kosztem i robi z nas skończonych głupków!

Leją do tej wody tyle chemii ile tylko się da mówiąc, jaka ta woda jest „pyszna”, „zdrowa” i „uzdatniona”, bo ta z wodociągów jest po prostu „fe”. Same kłamstwa budowane na strachu. Swego czasu krążyła tutaj plotka, że wodę w domach mamy taką, co najpierw trafia do fabryk. W nich używana jest między innymi do chłodzenia różnych urządzeń, a potem my z niej korzystamy. Oprócz różnych zanieczyszczeń zawiera też taki metal ciężki jak chrom. W dodatku w naszej dzielnicy było kilka śmiertelnych przypadków niemowląt. Podobno umierały one od kąpieli w tej wodzie. Nie wykluczone, że tak było, gdyż ktoś celowo mógł na przykład zatruwać ją bardziej niż zwykle do czasu, aż stanie się coś złego a ludzi ogarnie przerażenie. Wtedy już na zawsze odechce im się picia wody z kranu.

Nie ukrywam i przyznaję się bez bicia, że i nas trochę przestraszyły te wieści. Przecież możni tego świata do wszystkiego są zdolni. Skoro uśmiercają nas na wiele różnych sposobów, takich jak chociażby „pożywienie”, chemiczne „lekarstwa”, szczepionki i smugi też chemiczne (i wiele innych rzeczy, jak chociażby strzelanie do ludzi na koncercie w Las Vegas), to nie mieli by skorzystać z tak wybornej dla nich okazji, jaką jest zatruwanie wody, na spożywanie której wszyscy jesteśmy skazani? Niestety, oni nie są tacy ludzcy, żeby tego nie robić.

Na szczęście w naszym przypadku brak pieniędzy ponownie okazał się być bardzo ważnym sprzymierzeńcem. Gdyby nie to, to dalej byśmy tkwili po same uszy w tej ich zakłamanej grze. A tak, zaczęliśmy szukać rozwiązanie kwestii picia wody z kranu. I na całe szczęście od dwóch, może trzech lat jej jakość wyraźnie się poprawiła. Przede wszystkim nie zalatuje już glonami, brzydko nie pachnie, a zwłaszcza nic nie słychać o następnych zejściach z tego świata za jej przyczyną. Również w tamtym czasie wodociągi miejskie wymieniły rury doprowadzające wodę użytkową. Trwało to dość długo, ale w końcu się im udało. Tylko że jak na co dzień wody bardzo brakuje, gdyż czasami to i na kilka dni ją nam zakręcają, to w czasie tych prac to była już prawdziwa pustynia. Mniejsza o to. Przeżyliśmy i to tak jak i wielu innych ludzi. Najważniejsze, że cała dzielnica ma więcej i lepszej wody. Dużo lepszej. Być może również przyczyniło się do tego mówienie jej - „Kocham Cię. Dziękuję Ci”. Nie wiem, lecz wierzę, że tak.

A teraz napiszemy o tym, jak uzyskujemy własną wodę pitną. I tutaj nie byłoby to możliwe bez pewnych „przypadków”, „zbiegów okoliczności”. Mamy całkowitą pewność przygotowania wszystkiego i to w najdrobniejszych szczegółach, przez Kogoś z Istot Duchowych. Najpierw moja małżonka usilnie poszukiwała tutejszego „drzewa życia”. Jego nazwa to Moringa. Swój przydomek zawdzięcza wielu niezwykłym, wyjątkowym wartościom odżywczym. I z tego co się moja żona dowiedziała z Internetu, nasiona tego drzewa są w stanie oczyścić wodę w dziewięćdziesięciu kilku procentach, jeśli chodzi o mikroby, zarazki i jakieś żyjątka. A nawet oczyszcza wodę z niektórych metali ciężkich.

Tak więc pewnego pięknego dnia jeden z sąsiadów zapukał do naszych drzwi i przyniósł nam małe drzewko pytając, czy w naszym ogródku nie znalazło by się dla niego trochę miejsca. Jak tylko moja małżonka zobaczyła o jakie drzewko chodzi, że to właśnie jest tak upragniona Moringa, to oczywiście od razu się zgodziła. Jeszcze tego samego dnia zasadziliśmy ją na głównym miejscu. A teraz, po trzech latach wyrosła na około siedem metrów, a strączków z nasionkami na całe szczęście jej nie brakuje.

A zatem najważniejszą rzecz już mamy. Teraz sprawa filtrów. I tu znowu mogłem liczyć na moją żonę. Jako inżynier chemii jest bardzo wyczulona na te sprawy. Dowiedziała się niemal wszystkiego jak pozyskać węgiel aktywny, oczywiście bez zastosowania żadnych chemicznych trucizn. Posłużyła nam do tego „Lehija”. Jest to płyn, który uzyskuje się z popiołu i wody deszczowej. Woda z kranu też się do tego nadaje, lecz najlepsza jest deszczówka.

Popiół w tej wodzie - temperatura otoczenia - należy pozostawić na dwa dni. Woda staje się wtedy koloru ciemnożółtego. Następnie sam płyn trzeba przelać z naczynia z popiołem do jakiejś butelki. Najlepiej szklanej. (Taki środek jest świetnym wybielaczem ubrań. Bardzo dobrze nadaje się do prania). Rozmoczony popiół zaś wykorzystujemy do zmywania naczyń.

Dodatkowym „zbiegiem okoliczności” jaki się pojawił, jest ruszt, który dostaliśmy od innych sąsiadów, co niedawno się wyprowadzili z naszego osiedla. Natomiast z pracy naznosiłem dużo bezużytecznych resztek drewna sosnowego. To właśnie z niego mamy węgiel. Nie jest to jeszcze węgiel czynny, gdyż jego kanaliki nie zostały udrożnione. W płynie z popiołu moczył się kilka dni. Teraz moja żona płucze go wodą, a na końcu zostanie jeszcze wypieczony w piekarniku.

A zatem całe przygotowanie wody do picia jest następujące. Najpierw w moździerzu rozgniatamy trzy nasiona moringi - to na dwa litry wody. Taką zawiesinę pozostawiamy na dwie godziny. Po tym czasie wodę przelewamy przez sitko do innego naczynia. (Zbyt długie oczyszczanie wody nasionami moringi powoduje jej gorzki smak).

Teraz, tak jak na zdjęciu powyżej, wlewamy wodę do butelek. (Ich dno udało się odciąć piłką do metalu, ale z brzeszczotem do ceramiki). Butelki numer jeden i dwa to wstępne oczyszczanie. W szyjce butelek są małe kawałki tkaniny. Może to być na przykład gaza, a w naszym przypadku jest to bawełna z dodatkiem jakiegoś innego materiału. W każdym razie to wstępne filtrowanie usuwa resztki ziarenek moringi.

Dopiero taką wodę przelewamy do butelki numer trzy. To w niej znajduje się węgiel. Jeszcze nie udrożniony, ale to zawsze węgiel. Czyli, w szyjce tej butelki też jest ściereczka, powyżej warstwa drobnych i białych kamyków, nad nimi gruba warstwa rozkruszonego węgla, a na samym wierchu znowu kamyczki, żeby się węgiel nie unosił w wodzie. Można też nasypać piasku rzecznego, ale w butelce już się nam nie zmieścił. I właśnie taką wodę pijemy.

Wcześniej, na samym początku uruchomienia naszej „linii uzdatniania wody”, korzystaliśmy z wody przegotowanej. Jednak teraz jest to woda prosto z kranu, surowa. I jeszcze jedno. Właśnie dzisiaj przed jej wypiciem, moja żona postanowiła poddać ją kilku godzinnemu działaniu światła słonecznego. Oczywiście w szklanych a nie żadnych plastikowych butelkach.

Tak więc taką wodę pijemy od około półtora tygodnia i już zauważyliśmy pierwsze korzystne zmiany. Łatwiej nam ugasić pragnienie, więcej śliny w ustach. Nie wysuszają się one tak łatwo jak wcześniej. Nie czujemy też, żeby coś niewłaściwego się działo z naszymi żołądkami. A kiedy korzystamy z łazienki, to wydalany płyn jest koloru jasnej słomki i jest niemal bezwonny. A jest tak może i dlatego, że przecież moringa ma właściwości odkażające, bakteriobójcze.

Oprócz tego ciekawą rzeczą jest i ta, że kiedy tę wodę dodajemy do drożdży i ciasta, zarówno ciasta na chleb jak i na placki, to bardzo dobrze i szybko się one „puszą”, spulchniają. Jednak poprzednio, gdy dodawaliśmy wodę ze sklepu, tę kupowaną, to zarówno ciasto jak i drożdże potrzebowały więcej czasu na wyrośnięcie. A w dodatku pieczywo wcale nie było tak puszyste jak teraz. Było tylko trochę wyrośnięte i cały czas na granicy z zakalcem. (Dzisiaj też pieczemy chleb, więc następna okazja do sprawdzenia). Natomiast teraz jest o wiele lepiej. Jak ciasto pozostawiamy do wyrośnięcia to dość szybko powiększa swoją objętość, a także powstają piękne włókna w całej jego objętości.

To na razie tyle o naszej walce o wodę i o wysiłkach, skierowanych na uniezależnienie się od tego niewłaściwego i oszukańczego systemu. Teraz przynajmniej raz płacimy za wodę, za tę z wodociągów i nie płacimy podwójnie, bo już nie kupujemy wody „pitnej”. Jednak przecież nie o pieniądze tutaj chodzi, lecz o coś znaczne ważniejszego. Dane nam było przejrzeć na oczy i zmienić swój sposób myślenia. A pozostać nadal nieświadomym, to wręcz narażać się na śmieszność.

I w sumie tak, mieliśmy mały ubaw z jednej z pracownic sklepu, w którym kupiliśmy tę chemiczną wodę. Oczywiście przyjęli jej zwrot bez żadnego gadania. Skosztowali jej i nie mieli już żadnych pytań. Potem jednak podeszła inna pani. Najpierw raz się jej napiła. I nic. Za chwilę drugi raz. I znowu nic. Potem ponownie. Żadnego grymasu na jej twarzy. A widząc zdziwione spojrzenie mojej żony koleżanka z pracy tamtej pani powiedziała tylko, że - „doszukuje się smaku”.

Nas odrzucał już sam zapach tej wody a inni doszukują się jej smaku, ponieważ ich podniebienie nie jest w stanie rozpoznać, jakie paskudztwo dostaje się do ich ciała. Podobnie jest i z nami. Patrzymy na ten świat, a brak zrozumienia podstawowych spraw pozwala nam żyć w błogiej nieświadomości i w zgodzie z jego koszmarnymi zasadami, na które nigdy w życiu byśmy nie przystali, gdybyśmy tylko nie zagłuszyli w sobie Prawdy.

To na razie tyle. Na zakończenie o tym, jakim cudem Matki Przyrody jest Moringa.


Moringa to roślina, która posiada wyjątkowe wartości odżywcze, a co za tym idzie właściwości lecznicze. Moringa zawiera cztery razy więcej witaminy A niż marchew, siedem razy więcej witaminy C od pomarańczy, 17 razy więcej białka od mleka i 25 razy więcej żelaza niż szpinak. Nic dziwnego, że moringa jest nazywana „cudownym drzewem" lub „drzewem długiego życia" i należy do grupy najzdrowszej żywności na świecie.

Moringa olejodajna (łac. Moringa oleifera) to roślina o wyjątkowych właściwościach odżywczych, dzięki którym znalazła się w grupie najzdrowszego pożywienia na świecie. Ta pochodząca z Indii roślina znalazła zastosowanie nie tylko w medycynie ludowej, lecz także w kosmetyce i kuchni. Wszystkie części drzewa można wykorzystywać na wiele sposobów. Kwiaty, liście i kora dostarczają wartościowego surowca do leków, podobnie jak korzenie, które w smaku przypominają chrzan (stąd inna nazwa rośliny - „drzewo chrzanowe"). Z kolei z ziaren pozyskuje się olej moringa, który można wykorzystać w celach spożywczych i do pielęgnacji skóry. Ziarna - między innnymi ze względu na właściwości przeciwbakteryjne - znalazły zastosowanie także w oczyszczaniu wody. Natomiast z kory można wyrabiać liny i papier. Cała roślina służy też jako biomasa do wytwarzania zastępczej energii (np. biopaliwa), a jej „odpadki" są świetnym ekologicznym nawozem. Moringa - bogactwo przeciwutleniaczy i nie tylko.

Moringa zawiera także wszystkie nasycone aminokwasy, 26 substancji hamujących stany zapalne i kwasy tłuszczowe omega -3, -6 i -9. Moringa odznacza się także wysoką zawartością aż 46-ciu przeciwutleniaczy. Dzięki temu moringa jest jednym z produktów o największej ich zawartości (w skrócie ORAC - Oxygen Radical Absorbancy Capacity), czyli zdolności do wyłapywania i unieszkodliwiania wolnych rodników, a co za tym idzie zdolności chronienia komórek ciała przed niekorzystnym utlenianiem, które może doprowadzić do rozwoju wielu chorób, w tym nowotworów, schorzeń serca i układu naczyniowego czy cukrzycy. Wykazano, że wskaźnik ORAC dla proszku z liści drzewa moringa wynosi 157 600 i jest wyższy niż dla jagód acai (102 700), zielonej herbaty (1 253), jagód (9 621), ciemnej czekolady (20 816), czosnku (5 708), jagód goji (3 290) i czerwonego wina (3 607), a więc żywności uchodzącej za skarbnicę przeciwutleniaczy. Większy wskaźnik ORAC mają tylko suszone goździki (314 446), suszony cynamon (267 536) i suszone oregano (200 129).

Nic, tylko czerpać całymi garściami z tego i z każdego innego Wielkiego Skarbu Przyrody!