poniedziałek, 11 grudnia 2017

Wpis 59. 180º


Iść przez życie pod prąd tego zakłamanego świata, lecz zgodnie z nurtem tegoż właśnie życia - czy to jest w ogóle możliwe? Tak, jak najbardziej jest możliwe, choć oznacza całkowitą zmianę dotychczasowego sposobu postępowania, okupioną bardzo wysoką ceną. A o tym dane nam było przekonać się na własnej skórze. I nikogo z nas los nie oszczędzał - ani mojej małżonki, ani naszych dwóch synów, czy też spisującego te słowa. A stało się to z chwilą, kiedy skończyły się nam wszystkie pieniądze. I to dosłownie wszystkie, ponieważ nie mieliśmy nawet grosza, by kupić sobie choćby trochę jedzenia. Tym samym i nasze dzieci przeszły przez wyjątkowa próbę w ich młodym życiu, gdyż kilka razy zdarzyło się nam głodować długimi dniami, ale to jest zupełnie odrębna sprawa. (Zresztą, opisana w książce „Wolna Wola i »Nowa« Duchowość”.)
 .

Nie chcemy przez to powiedzieć, że nie zamierzaliśmy pracować zawodowo. Ależ tak, jak najbardziej - zależało nam na znalezieniu dobrej, uczciwej pracy, by zapewnić sobie przyzwoite bytowanie. Niestety, nasze wszystkie, ponad półtora roczne wysiłki spełzły na niczym. Najwidoczniej przeznaczone nam było iść inną drogą, bo ten kierunek był dla nas zamknięty. Musieliśmy więc pokonać inny szlak w tej wędrówce, który był nam zupełnie nieznanym, lecz jak się teraz okazało, możliwym i do przebycia, i do przeżycia. Jednak te kilka ostatnich i bardzo długich lat zapamiętamy chyba na siedem wcieleń, gdyż czasem było naprawdę ciężko. A co do podstawowego pytania, czy idziemy właściwą drogą i czy postępujemy słusznie podążając nią dalej, to odpowiedź nadeszła nieoczekiwanie od samego Ducha Świętego, który stwierdził krótko, że wypełniamy wolę Bożą. A to nam w zupełności wystarczyło, a także i uspokoiło.

Jednak to wcale nie oznacza, że wszystko jest pięknie ładnie. Nie jest też łatwo. Nadal musimy sobie radzić z wieloma codziennymi błahymi trudnościami, których przezwyciężenie bez pieniędzy urasta niekiedy do bardzo poważnych kłopotów. Mamy tu na myśli choćby konieczność naprawy przeciekającego kranu czy uszkodzonych komputerów. Do tego połatane ubranie, rozpadające się, dziurawe buty, co oczywiście jest mało ważne w porównaniu z potwornym bólem ucha środkowego, bólem zęba albo rozległą raną powstałą wskutek ugryzienia przez psa. Gdybyśmy tylko mieli pieniądze, to nic prostszego jak tylko skorzystać z pomocy lekarskiej, albo kupić sobie części zamienne czy nawet i nowy sprzęt, lecz w naszym przypadku to nie jest możliwe.

Ratowała nas i ratuje jedynie wspaniała przezorność Opatrzności Bożej. W Biblii jest napisane - „Zanim Jahwe wymierzy cios, najpierw leczy rany”. I tak oto zanim odnieśliśmy rany, to w naszym ogródku już od kilku lat rosną sobie różne lecznicze roślinki, z jakich robiliśmy sobie okłady czy przygotowywaliśmy zdrowe napoje. Zanim popsuł się nasz komputer, to dużo wcześniej podarowano nam inny, którego teraz już nie używamy, więc wykorzystaliśmy jego procesor, aby naprawić naszą maszynę obliczeniową. (Komputer wyłączał się po dwóch, trzech sekundach od chwili jego uruchomienia). Akurat był wyposażony w ten sam rodzaj zegara i pasował jak ulał. A nie dalej jak wczoraj (7-go grudnia) niechcący urwałem zawór pod zlewozmywakiem kuchennym. Był już tak przerdzewiały, że ledwo się trzymał, co w każdej chwili groziło zalaniem domu. Na całe szczęście (szczęście w nieszczęściu) ta awaria nie zaskoczyła nas ani w nocy, ani dzisiaj, kiedy to w domu mamy sześć stopni powyżej zera, a woda w kranie jest lodowata. (I nie zalało nam całego domu, tylko trochę podłogi w kuchni.)

Po prostu nadeszło ochłodzenie i dzisiaj rano padał śnieg z deszczem. Na całe szczęście tak się pięknie złożyło, że miałem ostatni korek o średnicy pół cala, jakim zatamowaliśmy płynącą się wodę. Zanim jednak to się udało, to całymi wiadrami wylewaliśmy ją do ogródka, bo niestety zawór odcinający dopływ wody do domu, pomimo jego zakręcenia, nie spełnił swojej roli. Teraz tylko dłonie drętwieją od wystukiwania literek na klawiaturze, gdyż nie możemy pozwolić sobie na włączenie ogrzewania. Mamy piecyki elektryczne, tylko że tutejszy rząd „wspaniałomyślnie” podwyższa cenę za energię elektryczną, wprowadzając właśnie teraz zimową taryfę opłat. I tak od kilku już lat „pomaga” ludziom przetrwać najgorsze miesiące w roku.

Ale to tylko takie tam drobne szczegóły i uroki przebywania w takiej a nie innej strefie klimatycznej. Raz upał, że wszystko usycha na pieprz, a kiedy indziej ziąb, jak na najmroźniejszym wygwizdowie. Cóż, takie urozmaicenie tego bytowania i chyba zdążyliśmy się do tego już nieco przyzwyczaić. Ważne, że codziennie mamy co jeść a deszcz na głowę nam nie pada. Chciałoby się rzec - głodno, chłodno i do domu (w niebie) daleko, lecz nie ma co marudzić a swoje zadanie w tym wcieleniu sumiennie wypełniać. I nic nie może w tym przeszkodzić, bo jakieś tam drobne przeciwności losu w tym świecie fizycznym są niczym, porównaniu z nieograniczonymi możliwościami duchowymi, oczywiście nie żadnymi własnymi, lecz Świata Duchowego, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych, więc o tym cały czas pamiętać nam trzeba, zwłaszcza w chwilach najbardziej wymagających hartu ducha, by w razie czego innym duszyczkom przykład dawać, gdyż świat jasnych uczynków bardzo potrzebuje. A przecież jest bardzo wielu ludzi szlachetnych, uczciwych, żyjących nieskazitelnie, ludzi kryształowych. Czas też nadejdzie i taki, kiedy to właśnie oni dojdą do głosu i przemówią głośno i tak donośnie, że będą usłyszani na krańcach Ziemi! Widzę to ja, nie ślepy, bo mam oczy do patrzenia (a nie tylko dla ozdoby) i słyszę to ja, nie głuchy, co mam uszy do słuchania (a nie do tego, żeby mi marzły od chłodu). A przede wszystkim, to z całą pewnością to wiem ja, rozumny, ponieważ nie moja to mądrość jest we mnie, lecz ta nabyta, natchniona i ta długimi latami ciężkiej pracy wykształcona przez Duchowych Nauczycieli.

(Praca duchowa, praca nad sobą, nad pokonywaniem własnych słabości jest jedną z najcięższych, ale na pewno dającą dużo więcej zadowolenia niż jakieś tam zarabianie pieniędzy. Zwłaszcza, że dążenie do doskonałości daje błogi spokój sumieniu, ponieważ moje właściwe ja właśnie w tym celu postanowiło wcielić się ponownie.)

I w razie czego nie ma tu czego zazdrościć, ponieważ każda osoba ma własnego Nauczyciela Duchowego. Cały kłopot polega tyko na tym, że na ogół jest on nagminnie pomijany, lekceważony i ludzie nie zwracają najmniejszej uwagi na jego wskazania, podpowiedzi. A skoro w ten sposób go odrzucamy, to nie ma już mowy o jakimkolwiek nauczaniu, kształceniu duchowości.

A pisząc o ciężkiej pracy duchowej, to oczywiście mamy na myśli nie tylko tę moją, (już nie wspominając o tym, jak wiele jej jeszcze przede mną) lecz i mojej żony, i moich synów, i każdej innej osoby, która tylko tą wąską ścieżką iść przez życie się odważyła, właśnie wbrew wszelkim wygodom tego świata, schodząc z jego szerokiej, wygodnej i na zatracenie prowadzącej drogi.

Tutaj trzeba jednak przyznać, że na początku nie było to takie łatwe. Kiedy napotykaliśmy pierwsze trudności, to czasami myśleliśmy, że dosłownie świat się dla nas skończył i nie ma już dla nas żadnego ratunku. W dodatku wiele różnych przyjemności nagle stało się dla nas niedostępnych. Mogliśmy sobie tylko pomarzyć o wyjściu do kina czy choćby o zjedzeniu czegoś smacznego. (Tylko że po jakimś czasie te przemysłowe „smakołyki” okazały się być czymś, co trudno nazwać jedzeniem.)

Tylko że zanim to do mnie dotarło, to znowu trudno mi było pogodzić się z koniecznością odmówienia sobie tego, na co akurat miałem ochotę. A w ogóle, to dlaczego właśnie ja mam cierpieć z tego powodu? Dlaczego to akurat mojej rodzinie i mnie samemu przyszło zaniechać wielu przyjemności podniebienia i przestać spożywać takie rzeczy, jakie jeszcze do niedawna wydawały się nam być przysmakami, i to takimi, bez których trudno było sobie wyobrazić codzienne życie? A w dodatku codzienność bez żadnej telewizji kablowej czy satelitarnej w ogóle jest nie do przyjęcia… (Nie mówiąc już o braku samochodu.)

I dlaczego to akurat nam przytrafiło się, żeby zacząć wydostawać się z tej całej ułudy i zakłamania, żeby tak jak w filmie „Matrix” doświadczyć tego niezwykle wstrząsającego przebudzenia, by nagle znaleźć się w tym rzeczywistym, szczerym aż do bólu świecie, świecie przystrojonym dla niepoznaki ohydną, potwornie zakłamaną maską, jaką to możnowładni mu nałożyli, by na każdym kroku tylko sobie drwić z każdego jego mieszkańca, jakby chcieli przez to powiedzieć, że tutaj to tylko oni są jedynymi panami i mogą robić wszystko, co tylko zechcą również i z nami.

Często też rozmyślałem i nie mogłem pozbyć się uporczywych, nawet krzyczących w mojej głowie myśli - po co mi to wszystko, po co mi jakieś zmiany w moim życiu? Już tak bardzo źle było mi żyć nieświadomie, bez konieczności zdawania sobie sprawy z wszystkiego, co się dzieje dookoła? W imię czego pozbawiać się tego błogiego braku poznania? Przecież dalej chcę się cieszyć w najlepsze ułudą. To nic nie boli…  A jak ktoś inny chce, to proszę bardzo. Niech każda duszyczka sama podejmuje swój duży wysiłek i niech każda duszyczka sama się trudzi - i to niemało pracą nad sobą, nad poprawą swojego postępowania. Co mnie to może obchodzić? Skoro im tak dobrze żyć w tym całym zakłamaniu, to co mi do tego?

Ja mam swoje życie i też mi zależy na tym, żeby mojej rodzinie zapewnić wszystko, co tylko jest do niego niezbędnym, na przykład porządną chatę z wszelkimi wygodami i bogatym wyposażeniem, w tym najnowocześniejszy sprzęt, a do tego przyzwoitą brykę - ba, żeby tylko jedną, bo przecież chcę być bogaty. A co… Pieniędzy nigdy nie za wiele. Inni tyle ich mają, to dlaczego akurat nie ja? I co w tym złego?

A jeśli trzeba by kraść, mordować, oszukiwać, żeby tylko wejść w ich posiadanie, może nawet i nieograniczone - to przecież niemal wszyscy teraz tak robią i mają się bardzo dobrze. Wystarczy tylko rozejrzeć się dookoła i spojrzeć choćby na polityków. Tak, tym to się powodzi…

No właśnie, muszę szczerze przyznać, że kilka razy pojawiła się taka pokusa, żeby zapomnieć o uczciwości, żeby przełamać wszelkie opory i rzucić się w wir doczesnej ciemności uciech, byle tylko tej własnej, tymczasowej doczesności spełnić każdą zachciankę i żeby w niej było mnie stać na wszystko. No tak - stać na wszystko, czyli i na wyzbycie się człowieczeństwa również, a zwłaszcza na zapomnienie o swoim duchowym pochodzeniu, na wyrzeczenie się swojego Duchowego Dziedzictwa, jak również i na przeciwstawienie się sercu żywemu, sercu czującemu.

O nie, nie… Stój! Co to - to na pewno nie. To nie wolność lecz nieokiełznana swawola. Tak bardzo łatwo można się zatracić, więc nie ma nad czym się tutaj zastanawiać. Na szczęście w porę przyszło opamiętanie i z raz obranej drogi nie ma odwrotu. Czasem zdarza się na niej potknąć. Wtedy pozostaje tylko jedno - podnieść się i iść dalej. A jakby na potwierdzenie słusznego wyboru właściwej drogi, mamy i te słowa, co są słowami pełnymi goryczy, rozczarowania, smutku i upominania; są to słowa będące najważniejszym świadkiem w sprawie człowieczej, a zwłaszcza są to słowa sprawiedliwe, prawdziwe, jakie nie tak dawno słusznie wypowiedział o nas Duchowy Opiekun Ziemi EA - Duch Święty. (Nie pamiętam ich dokładnie, ale znaczenie jest takie) - „Tak krótko przebywacie na Ziemi, a nie potraficie przejść przez życie dobrze, uczciwie. Nie potraficie powstrzymać się od zła…”.

Tak, to jest naprawdę bardzo przykre i pożałowania godne. A to tym bardziej, że przecież takim niewłaściwym postępowaniem największą krzywdę wyrządzamy sobie samym! I nikomu innemu! To sobie najwięcej szkodzimy! A żeby sobie najwięcej szkodzić, to oto mamy następną i jedną z licznych, największych głupot ludzkich! Często myślimy o sobie, jakie to z nas mądrale, jacy to z nas goście, a jesteśmy tylko godne - godni największego pożałowania. Oto największy szczyt głupoty, (a jak wyraźnie widać, jest on najłatwiejszym do zdobycia, ponieważ tak wielu może się tym poszczycić, jak i długim na nim przebywaniem), gdyż to przecież z własnej a niczym nie przymuszonej woli przekreślamy sobie całe życie i w dodatku marnujemy tę jedyną, wyśmienitą okazję do poprawy naszego całego  w i e c z n e g o  istnienia!!!

Dlaczego? Gdyby przypadkiem ktoś jeszcze nie wiedział, to nasze przebywanie na Ziemi jest jedynie tymczasowe i jest jakby snem, po którym budzimy się do naszego właściwego, prawdziwego życia w Świecie Ducha. To tylko tak na marginesie takie małe przypomnienie. To co tutaj mamy jest zaledwie namiastką, przygotowaniem do naszego rzeczywistego istnienia w zaświatach, czyli w świecie prawdy, a nie jak tutaj w tej ułudzie, jaką bierzemy za coś nie zafałszowanego, popełniając najbardziej tragiczny błąd w życiu!

Ktoś tutaj przestawił nam wartości o 180 stopni. Ktoś nieźle się natrudził w budowaniu całej tej ułudy, wywracając nam do góry nogami i stawiając na głowie odwieczny porządek tego co na górze i tego co nisko na samym dole.

A skoro tak, to wiele dusz żyje na samym dnie. Wobec tego to nic dziwnego, że nie mają one najmniejszego pojęcia o tym, co znajduje się na Wysokościach, ponieważ samo dno już jest dla nich szczytem możliwości bytowania w tym odwróconym, zakłamanym świecie. Dlatego nie mają choćby na tyle wyobraźni, żeby przynajmniej dopuścić do siebie nieśmiałe przypuszczenie, że być może jest zupełnie inaczej niż im się to wpaja od najwcześniejszych lat, a co tak szumnie nazywamy zdobywaniem wykształcenia albo tak dumnie zwykliśmy chrzcić mianem „oświata”. Tylko że większej ciemnoty to ten świat już nie widział! To już nie są kapłańskie ciemności, lecz ciemności ludzkiej głupoty!

Tutaj od razu musimy coś wyjaśnić - tak, zawsze będziemy zwalczać każdy, choćby najmniejszy przejaw głupoty, lecz nigdy nie występujemy przeciw jakiejkolwiek osobie. To są dwie różne kwestie. Każda osoba ma wolną wolę postępować jak tylko chce. (No, chyba że ktoś świadomie robi z siebie takiego głupka, jakiego jeszcze na tym świecie nie było, a czyni to w pełni świadomie celem utrzymania tego starego systemu ciemiężenia, gnębienia ludzi. Wtedy to już inna sprawa. Ktoś taki jest sam sobie winien wyśmiewania go.)  

Chcemy jeszcze wyraźnie zaznaczyć, iż pomimo wielu ograniczeń, jakie stale spotykamy, to wcale nie łamiemy prawa, żeby sobie ułatwić życie, ani nie idziemy na skróty. Stale i niezmiennie postępujemy uczciwie. Nie kradniemy, żyjemy bardzo skromnie i płacimy za wszystkie rachunki. Zdarza się, że nie zawsze na czas - to fakt, lecz nigdy nie oszukujemy. Chociaż niekiedy aż korci, żeby coś spsocić…

Na przykład mamy taki przypadek, gdzie jeden sąsiad kradnie prąd, (a drugi sąsiad Internet). Za naszym domem jest jeden taki opuszczony budynek, lecz światło cały czas się w nim świeci. Ta posiadłość jest pozbawiona licznika elektrycznego, pozostało po nim tylko puste miejsce. Przewody elektryczne zaś zostały połączone na krótko, więc obwód zasilania został zamknięty. Dla niepoznaki taką prowizorkę zasłonięto gazetą. Muszę się przyznać, że bardzo mnie korciło, żeby poprzecinać te przewody elektryczne, bo tu człowiek od ust dzieciom odejmuje tę ostatnią odrobinę jedzenia, żeby zaoszczędzić trochę pieniędzy na haracz za energię elektryczną. A to i tak kiedyś nie wystarczało, gdyż w końcu odłączyli nam prąd ze zaległy rachunek. No i stało się, w domu zapanowała grobowa cisza i ponure ciemności.

Martwiliśmy się tylko o to, czy jedzenie w lodówce się nie zepsuje. Mało tego tam było, więc tym bardziej zależało nam na ocaleniu i tej odrobiny pożywienia. Na szczęście inni sąsiedzi zgodzili się nam pożyczyć prąd i do jednego przedłużacza podłączyliśmy to co najważniejsze - lodówkę, jedną żarówkę i komputer. Na całe szczęście po kilku dniach mogliśmy spłacić zaległe rachunki i cała przygoda znalazła swe dobre zakończenie.

Natomiast do częstego odłączania nam telefonu z tego samego powodu (zaległości z opłatami) zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Mniejsza o linię telefoniczną. Zawsze najgorszy był brak Internetu. Nie pozostawało nam więc nic innego, jak korzystać czasem z kawiarenki internetowej. (Było to w czasie piłkarskich mistrzostw Europy w 2016-tym roku we Francji. Spacery w upale podczas najgorętszej pory dnia nie należały jednak do przyjemności.)

Teraz nie mamy już linii telefonicznej. Umowę zakończyliśmy około dwóch tygodni temu. W Meksyku odpowiednikiem Telekomunikacji Polskiej jest Telmex. Po prostu dogadaliśmy się z sąsiadami i od nich mamy Internet - bezprzewodowo. Mamy dwa komputery, jeden przenośny a drugi na biurko. Jakiś czas temu dokupiliśmy do niego kartę do połączeń bezprzewodowych i teraz bardzo dobrze nam służy. Z sąsiadami dzielimy się kosztami za korzystanie z Internetu. Przynajmniej nie przepłacamy monopoliście.

Nie używamy też telefonów przenośnych (komórkowych). Co prawda mamy jakieś stare aparaty, lecz wiadome ograniczenia uniemożliwiały nam uzupełnianie salda, by móc z nich korzystać. Teraz to już zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić, ale na samym początku wychodząc na miasto i nie zabierając ze sobą żadnego telefonu przenośnego, czuliśmy się naprawdę nieswojo. To było tak, jakby brakowało nam czegoś bardzo ważnego. Początkowo czułem się jak bez przysłowiowej ręki. Z czasem moja żona i ja powoli do tego przywykliśmy. A co najważniejsze to nigdy, ale to ani razu - ani razu nie znaleźliśmy się w jakimś niebezpieczeństwie, ani nie mieliśmy żadnej pilnej potrzeby czy awaryjnej sytuacji, w jakiej musielibyśmy posłużyć się telefonem przenośnym, bez którego - jak się wyraźnie okazało - też da się żyć. A dzięki temu to przede wszystkim jeszcze bardziej jesteśmy wdzięczni Istotom Duchowym i za opiekę, i za pomoc. Są One po prostu niezawodne! Jesteśmy też zdrowsi i z tego również bardzo się cieszymy. Tak więc pozostaje nam tylko Internet i to jest nasze jedyne okno na świat.

Następna sprawa, jaka uległa całkowitej zmianie w naszym życiu, to nie obchodzenie świąt tak zwanych „Bożego Narodzenia”, albo jak kto woli „Gwiazdki”. (Po pierwsze, to nie Pan Bóg się narodził a Jego Syn, a po drugie, to Mistrz Jezus przyszedł na ten świat znacznie wcześniej, bo jesienią w czasie Święta Namiotów a nie zimą. No ale ten świat jest tak zakłamany, tak nas oszukuje na każdym kroku, więc nie ma się co dziwić, że wszystkie religie są na jego usługach, żeby tylko mącić ludziom w głowach.)

W każdym razie zaprzestaliśmy obchodzenia tych „świąt”. Nie mamy już choinki. Oddaliśmy nasze sztuczne drzewko jakiemuś mężczyźnie, który każdego ranka wybierał ze śmietników wszystko to, co mógł spieniężyć albo co mogło mu się przydać. Muszę go kiedyś spytać o dalsze losy choinki - czy dobrze ją komuś sprzedał, czy też zatrzymał dla siebie… (I wszystko się wyjaśniło. Kilka dni temu znów go spotkałem i oczywiście nie omieszkałem o to spytać. Ozdobę zatrzymał dla siebie. Ma dzieci, wnuczki, wnuków, więc sprawił im tym dużo radości.)

To, że nie przystrajamy domu na te dni, to jeszcze nic. (Właściwie to kilka rzeczy wieszamy na ścianach, takie jak duże skarpety, kota przebranego za Mikołaja - nie, nie, to nie jest jakiś żywy kot, tylko z tkaniny. Te pogańskie praktyki pozostawiliśmy jeszcze ze względu na dzieci, bo im trudniej jest się pogodzić z taką zmianą). Najważniejszą rzeczą jest dla nas to, że wcale się z tym nie kryjemy, że nie świętujemy w te dni zgodnie z przyjętym obyczajem, mając odwagę się przyznać przed naszymi krewnym i znajomymi do własnego postępowania. Zresztą już od kilku ładnych lat, pomimo zapraszania nas na Wigilię przez krewnych, z tego zaproszenia nie korzystamy. W te dni jesteśmy sami - jeśli chodzi o ludzi. Tak w Polsce jak i w Meksyku nasze rodziny wiedzą o naszych „dziwactwach”. Nawet życzeń już sobie nie przesyłamy. Oczywiście jeszcze nie tak dawno był i biały obrus w te dni, i tyle wigilijnych potraw, ile tylko zdołaliśmy przygotować. Nawet opłatek mieliśmy przysłany z Polski.

Natomiast w minionym roku już całkiem odeszliśmy od tych świąt na rzecz przywrócenia dawnych obyczajów Słowiańskich. Nie wiemy o nich zbyt wiele, lecz na tyle na ile się dowiedzieliśmy, staraliśmy się do nich nawiązać i uczynić im zadość. Zdajemy sobie sprawę, że do wiernego ich przywrócenia to jeszcze daleka przed nami droga. Niemniej jednak cieszymy się ze skromnego początku, jaki ku rzeczonym obrzędom naszych Przodków został przez nasze skromne osoby uczyniony, dodając to, co serce oraz intuicja nam podpowiedziały.

Otóż, w dwudziestym pierwszym dniu grudnia, kiedy to najdłuższa noc w roku być takową przestaje, a dzień zaczyna budzić się do nowego życia, stopniowo wydłużając swe panowanie, rozpaliliśmy ognisko w naszym małym ogródku. Zapadł już zmrok i zrobiło się jasno od wesołych płomieni ognia. Po chwili wpatrywania się w ich tańczące, czarodziejskie światła i po krótkiej zadumie nad dawnymi Majami i Słowianami, stanęliśmy w jego blasku i zmówiliśmy modlitwę „Ojcze Nasz”. Następnie pobłogosławiłem synów. Zacząłem od pierworodnego, kładąc swe dłonie na jego głowie, a za chwilę powtórzyłem to samo i z młodszym synem. Z trudem powstrzymałem łzy wzruszenia.

I mej umiłowanej małżonce życzenia wszelkiej pomyślności również złożyłem, dziękując jej za wszystkie tak piękne i cudowne dary jej czystego serca. Przytuliłem ją i zaraz wszyscy padliśmy sobie w ramiona, dziękując Duchom Przodków, Istotom Duchowym a przede wszystkim Energii Największej Jahwe za rok miniony i pokornie poprosiliśmy o ten nadchodzący, by również i w nim Ojciec Niebieski raczył nam błogosławić.

Następnie przyszła chwila, aby płomień z ogniska wnieść w progi domostwa. Skromną zaś wieczerzę spożyliśmy z apetytem i radością - jeszcze ciepły chleb domowego wypieku i kiełbasa upieczona na ognisku. Skromny to był posiłek, lecz jedliśmy w prostocie serca i z wdzięcznością. A smakował jak najbardziej wykwintne danie, bo spożyty został w spokoju, bez kłótni i swarów, lecz w pełnej zgodzie i miłości. Upominków żadnych nie było, bo czymże choćby i te najbardziej kosztowne być mogą, w porównaniu z największym samego życia darem?! Życie naszym wielkim skarbem! I wciąż na nowo mogliśmy się o tym przekonać w ciągu całego minionego roku, kiedy to głód niejednokrotnie cierpieliśmy srogi i w zapomnieniu przez ten cały świat doczesny wyczekiwaliśmy cierpliwie poprawy swego losu. W takich chwilach życie naprawdę docenić byliśmy w stanie.

Tak więc i ten dzień grudniowy był dla nas szczęśliwy. A oprócz tego byliśmy zadowoleni z wyzwolenia się spod jarzma jakiejś ciężkiej, dziwnej a obcej, i przecież ludzkiej tradycji, kłamliwie narzuconej innym, co tylko obrazą Majestatu Najwyższego jest niską.

A tak niewiele trzeba, by Ojcu Niebieskiemu oddać tylko Jemu należną chwałę. Rozpalone ognisko, ogień jasny i ciepły jak życie. Krótka modlitwa, ale w szczerości duszy wspólnie odmówiona - z uczuciem i przejęciem tej tak wielce doniosłej chwili. Skromna strawa, pożywna i zdrowa, z radością serca i w spokoju spożyta. I nagle jakby odwieczny a bardzo długi czas, sięgający w dalekie dzieje, bo oddalone o tysiące lat zbliżył się do nas na jedną zaledwie chwilę, łącząc w czarodziejski sposób przeszłość z przyszłością w przepiękną teraźniejszość, sprawiając wrażenie dostojnej bliskości Czcigodnych Przodków, Starożytnych Bogów samych, jakby nigdy się stąd w ogóle nie oddalili, a cały czas i wieczność całą z nami wszystkimi ciągle tutaj byli.

I dla tej jednej chwili było warto, naprawdę było warto zmienić swoje postępowanie, zaniechać co niewłaściwe i kłamliwe, a starać się wrócić do źródła, do korzeni naszego istnienia. I wiemy, że na tym nie koniec, lecz dopiero bardzo skromny początek tego, co jest już u drzwi i bardzo szybko na tym świecie nastanie.