Książka



Książka: „Wolna wola i »nowa« duchowość”. Niedziela, 10-ty kwiecień, 2016-ty rok.


Pomimo pewnych perypetii związanych z tym, że książka - czytelek (inaczej eBook) - został usunięty ze sprzedaży, to szczęśliwie czytelek znów jest dostępny. Niestety, nic z tego, Amazon znów ją zablokował. Poniżej opisu jest umieszczony jego kilkudziesięciostronicowy urywek.





Dane nam było napisać tę książkę po wielu niespodziewanych i zaskakujących zmianach w naszym życiu, w życiu mojej najbliższej i najdroższej rodziny, jak i moim własnym. Nie wiedzieliśmy co te wszystkie zmiany oznaczają i do czego one prowadzą. Na początku broniliśmy się przed nimi, następnie zrezygnowani poddaliśmy się nim, a teraz dostrzegamy, jak bardzo zbawiennymi dla nas być się okazały. Książka jest pewnego rodzaju dokumentem, ale nie biografią, naszego rozwoju duchowego - mniejszego lub większego - ale jednak pewnego postępu myśli, przekonań, zachowań.

Nie uważamy przez to, że jesteśmy już tacy oświeceni, że teraz możemy pouczać cały świat i wszystkich ludzi. Co to to na pewno nie. Teraz dopiero wiemy, jak jeszcze wiele mamy do nauczenia się, do poznania i zrozumienia. To jest dopiero początek drogi. I jeśli ta książka mogła by być komuś w tym pomocną, służyć przykładem, zachęcić do poszukiwań i pozwolić na inne spojrzenie, inne zrozumienie otaczającej nas rzeczywistości, to w takim razie spełniła by swoją rolę - taką, do jakiej Ktoś inny a nie my, ją powołał i taką a nie inną jej wyznaczył, ponieważ z całą pewnością nie dzięki naszej woli i zamiarowi zaistnieć w ogóle mogła.

Nam było dane tylko znaleźć się akurat na takiej ścieżce życia, doświadczyć tego, co dane nam było przeżyć i podzielić się tym z każdą osobą, która zechce sięgnąć po tę lekturę. Poniżej znajduje się jej opis, jaki jest zawarty w dostępnej części książki. Zapraszamy do zapoznania się z nią.

„Nowa” duchowość… Przecież tak naprawdę nie jest nową, ale tą samą, od tysiącleci niezmienną, jeszcze przez naszych praojców nam przekazaną - w przeciwieństwie do tej samozwańczej i płytkiej, bo zaledwie od kilkunastu stuleci nam wpajanej (wypaczanej).

Nowa duchowość to powrót do źródeł, do najstarszej i właściwej wiary. Nowa duchowość jest tą jedyną i prawdziwą wzniosłą duchowością przez naszych starożytnych przodków z Gwiazd nam daną i przez Nich nauczaną. Właśnie tę na zawsze nam zaszczepili i ta jedynie ma wieczne prawo w nas wzrastać, co się teraz o swoje poszanowanie wreszcie upomnieć zechciała.

I tak jak na innych zamieszkałych Planetach i tak jak dzięki wszystkim rozwiniętym rasom ludzkim prawdziwa duchowość jest wiecznie żywa, to tak stale swe dostojne i należne jej miejsce w ich istnieniu niezmiennie zajmuje. Nas również ona czeka. Jednak poprzedzona będzie wytężoną pracą nad sobą i wiernym na drodze ku doskonałości wędrowaniem.

W tym najwznioślejszym celu, by ostatecznie, należycie uświęcić Imię naszego Jedynego Stworzyciela, zawsze Tego samego dla wszystkich Cywilizacji żyjących w całym Wszechświecie, naszego wspólnego, jedynego Ojca Niebieskiego JAHVE! Jemu tylko wieczna chwała i uwielbienie - nie samymi słowami oddane, ale przede wszystkim nabożeństwami naszych uczynków sprawowane, w codziennym praktykowaniu i wypełnianiu Jego Świętej Woli. 

Spis treści

  1. Dedykacja i podziękowania.
  2. Wstęp.
  3. Rozdział   1. „Moje” plany i Najwyższy Czas.
  4. Rozdział   2. Czyny nie słowa.
  5. Rozdział   3. Pieniądze i prawdziwa wartość.
  6. Rozdział   4. Nocni „goście”.
  7. Rozdział   5. Zobacz jak Dobry jest Pan Bóg.
  8. Rozdział   6. Prawdziwa wolna wola.
  9. Rozdział   7. Niezmienne Prawa Boskie.
10. Rozdział   8. Jesteśmy duszą a nie ciałem.
11. Rozdział   9. Nasi Bogowie oraz Aniołowie dawniej i dziś.
12. Rozdział 10. Fałszywe oblicze Kościoła i religii.
13. Rozdział 11. A wszystko to nicość i pogoń za fałszem…
14. Rozdział 12. Połączenie z Wyższym Wymiarem.
15. Rozdział 13. „Dobry początek to połowa dzieła”.
16. Zakończenie.
 
No a co z autorem? No właśnie, tutaj jest pewna ciekawostka, jakiej nie chcemy wyjawić, ale możemy stwierdzić, że osoba, co spisała wszystkie słowa tej książki nie jest nikim ważnym, znaczącym ani wykształconym. Swoją edukację pisarz zakończył na szkole średniej technicznej i pomimo dostania się na studia, to ich nie ukończył, a do zasadniczej służby wojskowej trafił…

Po szczęśliwym wyjściu z wojska na wolność i uzyskaniu skromnego, aczkolwiek uczciwego zatrudnienia, poznał pewną piękną kobietę, mądrą i czarującą. I jak można się domyślić, to oczywiście postanowili przez życie iść już razem, o co wybrankę swego serca ów kawaler po trzech dniach znajomości poprosił, a na co odważna panna od razu się zgodziła. I pomimo tego, że wydarzenie to miało miejsce już ponad dwadzieścia lat temu, to oczywiście nadal są zgodnym i kochającym się małżeństwem.

Wspierają się, pocieszają, pomagają sobie i wspólnie wychowują dwóch wspaniałych synów, którzy również i siebie szanują, ponieważ sobie nie dokuczają, nie szturchają się, a często sobie dziękują. I pomimo wielu przeciwności losu swój bagaż życia dalej wspólnie niosą.

A co najważniejsze i co trzeba tutaj wyraźnie i zdecydowanie zaznaczyć, to zawsze, ale to zawsze są wdzięczni Opatrzności, samemu Ojcu Niebieskiemu oraz Jego Synom za ich okazaną ogromną, cudowną pomoc, której tak wielokrotnie już doświadczyli, a jaka niezłomną otuchą na przyszłe dni ich napełnia i z pełną ufnością, i wiarą tych przyszłych pozwala wyglądać i z nimi się spotkać, i z nimi się zmierzyć. Są w pełni przekonani i nawet wiedzą, że ich los kiedyś się odmieni, że jeszcze wzejdzie dla nich Słońce lepszego życia, dzięki czemu będą w stanie pomagać innym, tak jak teraz inni - tak liczne obce im osoby, jak również najbliższa rodzina - przez długie lata swoją pomoc im okazywała i wciąż okazuje.

Zawsze wszystko kiedyś się kończy i zawsze koniec oznacza początek czegoś nowego. Nic nigdy nie jest takim samym. Wszystko się zmienia i ulega przeobrażeniu. Cały Wszechświat jest w bezustannym ruchu, a wraz z nim i my wszyscy. Czy poddamy się tym zmianom? Tylko od nas to zależy. Każda z nas i każdy z nas ma wolną wolę, posiada wolność podejmowania swoich decyzji. Wybór tylko od nas zależy. A czy on będzie właściwy czy też nie, to już jest zupełnie inna sprawa i bardzo obszerny temat (jaki w książce był poruszony). I prawdopodobnie tutaj kiedyś opisanym również będzie.

Dziękuję - pisarz. Zapraszamy do lektury. 

 

Tytuł: „Wolna wola i »nowa« duchowość”

DEDYKACJA I PODZIĘKOWANIA

         D E D Y K A C J A
.
Książkę tę pragniemy zadedykować i ofiarować naszemu Panu Bogu JAHVE, Wszechpotężnemu oraz Wszechobecnemu, Stworzycielowi Wszechświata całego, Praźródle Życia wszelkiego, Energii Najwyższej, Miłości Doskonałej, Cierpliwości Niewyczerpanej i Dobru Niezmierzonemu.

Podziękowań wszelkich nie byłoby końca ze względu na te wszystkie najwspanialsze oraz prawdziwe skarby, którymi hojnie zostaliśmy obdarowani od samego początku naszego - przez Ciebie dokonanego - stworzenia, czyli powołania do istnienia przez naszego Jedynego Ojca Niebieskiego, dlatego, że to nikt inny tylko Ty Nim Jesteś, właśnie naszym Dobrym Ojcem, znającym, a przede wszystkim kochającym Swe wszystkie dzieci bez najmniejszej różnicy i wyjątku.

A jeśli już bylibyśmy w stanie złożyć Ci podziękowania, to cóż one znaczą wobec tego wszystkiego czym nas obdarowałeś. A przede wszystkim oddałeś w nasze ręce całą Planetę Ziemia - Dom nasz wspaniały, z którym i Matka Natura o nas ma swe staranie. I gdybyśmy tylko próbowali Tobie dziękczynienie złożyć, to byłoby ono Tobie oddane za cud istnienia dokonujący się niezmiennie i na nowo każdego dnia, za dar życia świętego, za szczęście i radość dnia codziennego, którymi przepełniona jest dusza nasza, tak jak niebo błękitne wypełnione jest złotymi promieniami Słońca.

Dziękujemy Ci nasz Ojcze sercem szczerym i pokornym za Twoją obecność w każdym dniu naszego życia, za Twoją pomoc niezawodną w każdej chwili naszego istnienia, za Twą Życiodajną Energię tak nam niezbędną - zawsze istniejącą i każdą przestrzeń wypełniającą. Ty sam we Własnej Osobie, Ojcze nasz Jedyny, troszczysz się o nas stale i opiekujesz troskliwie, nie zapominasz nigdy o najmniejszej nawet cząsteczce Twego Stworzenia, czego dowód stale dajesz poprzez Swe Córki i Synów Swych umiłowanych, którzy stale nas wspierają, a Twoją Wolę posłusznie wypełniają, przez co są dla nas wszystkich najpiękniejszym i najlepszym tego przykładem, przede wszystkim ENKI oraz ENLIL, czyli Duch Święty i Jezus oraz Ninhursag - Maria, Matka  Jezusa, MARDUK Syn ENKI oraz wiele, wiele innych wspaniałych Istot Duchowych, Wzniesionych Duchów Światłości, którzy ciągle i niezmiennie pragną dla nas wszystkich na tej Ziemi prawdziwego szczęścia oraz miłości, a także tego upragnionego przez nas wszystkich Wielkiego Wyzwolenia, które - jak Sam Ojciec stale przekazuje za Ich pośrednictwem - może nam dać tyko Prawda.

Twoje dzieci


PODZIĘKOWANIE DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Dziękujemy naszemu Wspaniałemu, Umiłowanemu Duchowemu Opiekunowi Ziemi i Ludzi ENKI, którego właściwe imię jest EA. To On wraz z Ojcem Niebieskim od samego początku był przy Dziele Stworzenia naszego Świata. To On wraz ze swoim Bratem ENLIL przed wieloma tysiącleciami ze swoją Misją na naszą Planetę przybył i miał swój wielki udział w długim cyklu doskonalenia naszego i nie tylko naszego, ale i tego roślinnego, i zwierzęcego życia także.

Nasz Drogi Duch Święty - będący dla nas jak sam Ojciec - kocha nas wszystkich swoją miłością rodzicielską - cały rodzaj ludzki - miłością najczystszą, przepełnioną cierpliwością oraz wyrozumiałością, który niestrudzenie wszystkich nas stale uczy, oświeca i wytrwale prowadzi na Drodze Doskonałości, będąc naszym Nauczycielem jak również i Pocieszycielem, a przede wszystkim Wielkim Przyjacielem całej ludzkości, który pragnie, abyśmy tą Drogą doszli do poznania, zrozumienia i prawdziwego pokochania całym swym sercem, duszą i umysłem samego Pana Boga, Ojca Stworzyciela Wszechrzeczy, którego bezgraniczna miłość do nas i w Jego Synu objawioną została, włącznie z największym poświęceniem, kiedy to nikt inny jak tylko Jego Syn Jezus nie zawahał się oddać za nas swe życie, abyśmy sami to życie mieli i do końca Tego Czasu dotrwali.

Bo jak przez samego Ojca Niebieskiego ukochani jesteśmy tak i Duch Święty bardzo pragnie, abyśmy miłowali i siebie wzajemnie, i szczerze, i zgodnie ze Świętą Wolą właśnie Boga Ojca objawioną, która tak jak w Niebie, niech tu i teraz na wieki na Ziemi będzie.

Olivia Paredes de Jurek
Wiktor Jurek


PODZIĘKOWANIE MOJEJ RODZINIE NAJDROŻSZEJ

Dziękuję mojej umiłowanej małżonce Olivii oraz Pawełkowi i Danielkowi, naszym dzieciom tak wspaniałym za ich miłość, pomoc i za wspólne po tej Drodze Przemian wędrowanie, a zarazem wszystkich trudów najróżniejszych pokonywanie. Za niesłabnący hart ducha i pełną nadzieję lepszego jutra. Za radość z dnia każdego razem szczęśliwie przeżytego, za dzielenie się każdym uśmiechem i smutkiem jak każdym kawałkiem chleba najdroższego. Za to, że zawsze mamy siebie wzajemnie i odkrywamy następne tajemnice, i poznajemy następny cel naszego podróżowania.
Za wspólne w Misji nasze zgodne istnienie i tego samego celu osiągnięcie ogromne pragnienie. Za otwartą świadomość i głębokie zrozumienie tej wspaniałej i cudownej potrzeby życia wszystkich na Ziemi odmienienie. Za nadziei zawsze niesłabnącej w pięknym sercu posiadanie, że na Ziemi Królestwo Niebieskie w końcu się nam wszystkim stanie. I że nareszcie też nastanie taki czas tęsknie oczekiwany, aby wszyscy jej mieszkańcy kochani i wspaniali, na chwałę Pana Boga Ojca Stworzyciela, w wiecznym szczęściu i miłości na Ziemi cudownie zamieszkali.

Mąż i tata




PODZIĘKOWANIE SPONSOROWI

Tobie, Tomaszu, z Londynu dalekiego, bo w sercu Twym troska o nasz los się pojawiła i w słowiańskiej duszy Twej myśl pomocy cudnie się narodziła. Szczera i szczodra pomoc Twa umożliwiła, aby zaistniała książka ta, być może pozwalająca wielu innym osobom ją czytającym, odnaleźć ten promyk światła, który stanie się dla nich jak natchnienie i umożliwi za głosem własnej intuicji dążenie.

W szeregi Misji nie wahałeś się przecież wstąpić i w jej najpiękniejszy cel ani przez chwilę nie śmiałeś zwątpić. Pracowników swych wypróbowanych ma Świat Duchowy na całej Ziemi, siewców wytrwałych, którzy pracują wspólnie, zgodnie ze swoją wolą: tak właśnie chcemy.

Żadne wartości materialne przeszkodzić w tej Misji nie są w stanie, gdyż chodzi o coś niezmiernie bardziej wzniosłego, odkrycie Prawdy dające wyzwolenie człowiekowi jej szukającego i tylko świadomość może na tej Drodze do Prawdy umieścić każdego, tak jak z Tobą to się stało pewnego dnia pięknego.

Tomaszowi Krutulowi
- Piszący


DZIĘKUJĘ WAM, DRODZY CZYTELNICY

Za Twe piękne serce i umysłu otwartość Twoją,
co jest tym warunkiem podążania ścieżką nową
i bez obawy do wielu pięknych rzeczy dążeniem,
które teraz stało się Twojego serca pragnieniem.
Rzeczy, które tak naprawdę od dawna powstały,
a na nasze to obecne życie wpływ mają niemały.
Za okazaną chęć poznania tych słów spisanych,
przede wszystkim dla otuchy serc zatroskanych,
dla pokazania całej innej podążania możliwości,
poprzez całego życia naszego trudne zawiłości.
Gdyż sami o nic troszczyć się wcale nie musimy,
bo osamotnieni naszymi ścieżkami nie chodzimy.
Tylko więcej wiary w siebie miej duszyczko teraz,
a i ufności w Opatrzność Bożą co pomaga nieraz.
Bo kiedy świadomość pozwoli na inne spojrzenie,
to wtedy też będzie wszystko jak w samym niebie.
Żyjmy w pełni już na zawsze życiem szczęśliwym,
na naszej pięknej Ziemi, miejscu wielce urokliwym.

Wdzięczny - ten, który jest innym Tobą


Wstęp

Tak naprawdę, to jeszcze do niedawna, bo zaledwie kilka lat wstecz, w ogóle nie zastanawiałem się nad takim pojęciem jakim jest wolna wola. Ten temat wcale dla mnie nie istniał. Żyjąc przecież w świecie, w którym wartości materialne zdominowały naszą codzienność i nasze dążenia należało mocno stąpać po ziemi. W końcu coraz częściej nawet całe życie poświęcamy na zdobywanie różnych przedmiotów mających poprawić nasze bytowanie, nie zwracając często uwagi na to, jak bardzo są one nietrwałe, iluzoryczne, a także jak bardzo mogą one nami wręcz zawładnąć. A jeśli nawet zdajemy sobie z tego sprawę, to i tak najczęściej długo tkwimy w nieświadomości. Jednak w jakiś sposób, może podświadomie, cały czas wiemy, że mamy jedną taką najwspanialszą rzecz, jeden taki skarb, który jest tylko nasz i nikt inny nie ma do niego żadnego prawa - nasza wolna wola, nasza niezależność myśli i przekonań, nasza osobowość - niepodległa i w pełni wolna.

Na tyle na ile możemy staramy się korzystać z naszej wolności, by przejść przez to nasze życie w sposób dla nas najkorzystniejszy i chcemy być tymi, którzy odnoszą tylko zwycięstwo - nikt nie lubi przegrywać, więc stale toczymy te nasze codzienne boje, aby jak najmniej doświadczać goryczy porażki. Kierujemy się przy tym naszymi własnymi wyborami, kryteriami i własną oceną każdego położenia, w którym się znajdujemy.

Właśnie - wolność, nasza wolna i niezależna wola, nasza najświętsza wolna wola. Nikt i nic nie jest w stanie jej nam odebrać i na nią wpłynąć. To nasze największe prawo stanowienia o nas samych, prawo zawsze i wszędzie obowiązujące.

Jednak czy na pewno jest to najlepszy sposób kierowania się w tej podróży zwanej życiem? Czy wiemy na pewno jak się nią posługiwać i czym w ogóle jest wolna wola? Co tak naprawdę ona oznacza?

Cóż, z pewnością niejedna osoba uzna te pytania za retoryczne. W większości same i sami uważamy, że doskonale znamy na nie odpowiedź. Nie inaczej przecież było i ze mną. Nawet od dziecięcych lat każda osoba wie czego chce i już wtedy znała niezawodne sposoby osiągnięcia tego co sobie postanowiła. A potem wchodząc w dorosłe życie i przez nie przechodząc stale tak samo staramy się postępować czerpiąc z doświadczeń wtedy nabytych, uznając je za najlepsze i dobrze już sprawdzone.

Często też wykluczamy tutaj interwencję z Wysokości w nasze życie z różnych powodów. Może tłumaczymy sobie, że sam Stwórca jest zbyt pochłonięty innymi sprawami, o wiele ważniejszymi, niż zajmowanie się jakimiś tam istnieniami, które już od dawna zamieszkują tę Planetę…

Polegamy więc najczęściej tylko na sobie, no bo w końcu dowodów na egoizm tego świata wciąż nie brakuje i nikt z ludzi tak naprawdę o nas się nie troszczy.

A zasady moralne czy etyczne można sobie swobodnie interpretować, a także w wygodny dla siebie sposób stosować, w końcu trzeba sobie ułatwiać to doczesne wędrowanie, życie.

Cóż, każdy ma prawo do własnego zdania i postępowania według własnego uznania. Jednak to nie oznacza, że mamy się z nimi zgadzać. Żeby przedstawić nasze argumenty napisana jest niniejsza książka. I nie są to w żadnym razie - zapewniam - żadne, ale to żadne teoretyczne rozważania czy puste uzasadnienia. Książka bowiem zawiera różne wydarzenia, mniej lub bardziej dramatyczne mojej najbliższej rodziny i moje własne, nasze czyny - czasem bardziej lub mniej świadome, ale czyny. A zatem są to praktyczne i sprawdzone w codziennym życiu doświadczenia, które dane nam było zdobyć dla potwierdzenia takich prawd:

1.                     Pan Bóg ingeruje w nasze życie i stale się o nas troszczy, opiekuje się nami i nigdy, ale to nigdy nie pozostawia nas na pastwę losu. A przede wszystkim kocha nas wszystkich jak Swoje najbardziej umiłowane dzieci.

2.                     Moją prawdziwą wolną wolą jest Jego Święta Wola, bo z Nim stanowimy Jedno i stale jesteśmy z Naszym Ojcem Stworzycielem połączeni. Jesteśmy Jego Cząstką.

3.                     Życie jest piękne, szczęśliwe i wspaniałe jeśli tylko każdy człowiek na tej Planecie Ziemia, tu i teraz, znajdzie się na swej jedynej oraz indywidualnej Drodze Życia, zdoła się przebudzić, otworzyć swoje serce i zwiększyć swoją świadomość, pełniąc wolę samego Ojca Niebieskiego.

Może tutaj ogarnie Cię zniechęcenie i zwątpienie, Droga Czytelniczko i Drogi Czytelniku, bo w końcu nic odkrywczego ani przełomowego nie zostało przecież powyżej stwierdzone. Można pomyśleć tak jak Ty, ale tylko do czasu, bo tylko do czasu praktycznego i prawdziwego pójścia własną drogą. Jeśli tylko znajdziesz się na niej i będziesz nią podążać, to tak właśnie się stanie i osobiście się o tym przekonasz. Odnalezienie tej jednej jedynej, najwłaściwszej i tylko Twojej Drogi może wydawać się trudnym zadaniem, a tak naprawdę jest to o wiele łatwiejsze niż można było przypuszczać.

Chociaż nie ukrywam i muszę się tutaj Tobie przyznać, że w naszym przypadku na samym początku nie chcieliśmy i w dodatku bardzo broniliśmy się przed wejściem na nią, ale wynikało to tylko z braku świadomości. Kiedy stało się dla nas zrozumiałym jaki jest cel i sens tego wszystkiego co zostało nam przygotowane w tym życiu, łatwiej nam było pogodzić się z naszym przeznaczeniem, a co zajęło nam „tylko” ładnych kilka lat. Cóż, zawsze przecież „lepiej późno niż wcale”. W Twoim przypadku może to być znacznie szybciej. I nie ukrywam - mam szczerą nadzieję, że niniejsza książka będzie mogła Ci w tym pomóc.

Aha, jeszcze jedno. Od razu chciałbym też bardzo wyraźnie zaznaczyć, że jeśli nawet w tej książce są opisane różne nasze dokonania, to w żadnym wypadku nie uważamy, że to są nasze jakieś wielkie osiągnięcia czy sukcesy. I chociaż są to rzeczy dokonane przez nas, to bezwzględnie uważamy, że dane nam było ich dokonać tylko z Opatrzności Bożej i tylko dzięki Niej doświadczyć tego wszystkiego, czego doświadczyliśmy i przeżyć to, co było naszym udziałem i nam przeznaczone, bo nie naszą jest to zasługą, ale mieliśmy ten przywilej bycia częścią wypełnionego Planu.

Wracając do życia, do naszego przez nie pielgrzymowania, to zawsze kojarzy mi się ono z jakąś piękną podróżą i pokonywaniem drogi, by osiągnąć ten jedyny i upragniony cel. A jeśli tak, to przecież wszyscy znajdujemy się w tej podróży i wszyscy wędrujemy przez to życie taką czy inną ścieżką. Jednak każda wędrówka, Twoja czy moja czy też każdego innego mieszkańca tej Ziemi ma w sobie coś wspólnego. W miarę pokonywania naszych najróżniejszych dróg życia wszyscy bez wyjątku uczymy się czegoś nowego, zawsze zdobywamy nowe doświadczenia oraz z innej perspektywy patrzymy na nasze i innych życie. Mamy wtedy poczucie wspólnego losu, mamy poczucie więzi z wszystkimi innymi mieszkańcami tej Ziemi, bo wszyscy pokonujemy większe lub mniejsze, ale zawsze jakieś trudności tego podróżowania, a przede wszystkim samego życia.

A zatem takie wędrowanie można porównać do zmieniającego się krajobrazu jaki roztacza się przed naszymi oczami w czasie kiedy na przykład zdobywamy szczyt wysokiej góry. Na początku droga, po której wędrujemy jest szeroka, wygodna i łagodnie wznosi się ku górze. Widok zaś jest bardzo ograniczony, zasłaniają go drzewa oraz inne góry, nawet nie widać samego celu wspinaczki. Jednak mamy całkowitą pewność, że szczyt istnieje i musi być gdzieś tam w górze, chociaż w tej chwili nie możemy go nawet zobaczyć, bo też jest zasłonięty.

Po pewnym czasie i po pokonaniu pewnej wysokości zatrzymujemy się na chwilę, by nieco odpocząć i rozejrzeć dookoła. Wtedy możemy dojrzeć znacznie więcej. Będąc wyżej widzimy w dole inne mniejsze, jednak tak samo dostojne góry, ogromne połacie lasu ścielące się na nich delikatnie swymi pięknie rosnącymi drzewami, doskonale wplecionymi w swą harmonijną całość niczym każda nić misternie utkanej tkaniny, która dopiero będąc ukończoną i dopracowaną prezentuje swe zachwycające piękno.

Możemy też ujrzeć złote światło Słońca tańczące i mieniące się radośnie tam wszędzie,
gdzie tylko zagościć samo zechce a dokąd tylko nasz wzrok dosięgnąć w stanie będzie.

Widzimy cienie chmur płynące po lasach i łąkach, na wzniesieniach położonych łagodnie,
niczym przepiękne okręty pod pełnymi żaglami, pokonujące liczne fale oceanów dostojne.

Słyszymy i na twarzy wyraźnie czujemy łagodny wiatr przemykający się niepostrzeżenie,
który tak łatwo i tak lekko w jednej tylko, a krótkiej chwili ogromne pokonuje przestrzenie.

Słyszymy jego szept w naszym umyśle, bez wypowiedzenia żadnego choćby słowa,
porozumiewa się z nami bezbłędnie, bo taka to jest ta nasza telepatyczna rozmowa.

A kiedy sił brakuje wystarczy tylko łyk lodowatej wody zaczerpnięty z górskiego potoku,
której cudowny smak niczym samej ziemi naszej, wprawia w zachwyt i pełen jest uroku.

Siły odzyskawszy wspinamy się wciąż wyżej i wyżej zaczarowani wspaniałym widokiem,
zmieniającym się wielce za każdym naszym oddechem i następnym mozolnym krokiem.

A nie jest to jeszcze ten pełny krajobraz, który ujrzeć chcemy, a niczym nie ograniczony,
lecz będąc dopiero na samym szczycie - o czym tak marzymy - cel zostanie zwieńczony.

Wszystko dookoła, z samego szczytu zdobytego, nawet aż po sam horyzont tak daleki,
możemy wreszcie ogarnąć swym wzrokiem, poczuć wdzięczność i złożyć nasze dzięki.

Gdyż kres długiego wędrowania z trudem wielkim i szczęśliwie został przecież osiągnięty,
chociaż w drodze upadek był bolesny i porażka, czy też niejeden krok o kamień potknięty.

Wtedy dopiero, gdy w dół patrzymy widać już wyraźnie całą przebytą i kamienistą drogę,
która z tak niewinnie łatwej - w niebezpieczną i groźną przeobrazić się miała swą ochotę.

Jednak nie ma to najmniejszego znaczenia, a w ogóle nieważnym to jest przecież teraz,
gdyż odeszło w niepamięć - a ta chwila szczęścia już zostanie i powracać będzie nieraz.

Sukcesem wielkim wspinaczka zakończona - pokonane zostały wszelkie ludzkie słabości,
koniec wszak wieńczy dzieło i ta radość piękna już na zawsze otuchy doda w przyszłości.

A chociaż następnych pięknych szczytów do zdobycia pojawia się wtedy wokół tak wiele,
nie zabraknie już ani sił, otuchy i wiary, by iść drogą doskonałości, taki oto cud się dzieje.

Do wejścia na szczyt brakuje nam niewątpliwie wciąż tak dużo, ale dane nam było w tym życiu doświadczyć już całkiem sporo, więc niektórymi doświadczeniami pragniemy teraz podzielić się właśnie z Tobą - skoro mamy taką możliwość. Chociaż książka zawiera wiele przemyśleń o naszej rzeczywistości, to mogły się one pojawić tylko dzięki tym wszystkim przemianom, które dokonały się w nas dzięki różnym przeżyciom i doświadczeniom umożliwiającym nam stopniowe przebudzenie się z tego głębokiego snu na jawie, z tej fałszywej rzeczywistości, która wydawała się nam być naszym prawdziwym światem. A była nim dopóki nie znaleźliśmy się na tej właściwej ścieżce życia, na której dane nam było systematycznie i stopniowo powiększać naszą świadomości, a następnie dojść do poznania i do zrozumienia wielu Prawd na drodze duchowego rozwoju.

Podsumowując, chciałbym zaprosić Ciebie do wejścia na tę drogę poznania, która teraz stała się dla mojej rodziny i dla mnie samego codzienną rzeczywistością. Pozwoliła nam wyrwać się z iluzji otaczającego nas świata. Zapraszamy Cię do dokonania razem z nami tej niecodziennej wędrówki, najdłuższej podróży życia każdego z nas, bo wiodącej od serca do umysłu. Podróży wydawałoby się tak łatwej, a jednak niezmiernie trudnej. Wspaniałej, niezwykłej i przy tym pełnej wielu bardzo miłych niespodzianek, podczas której również niejeden cud dokona się na Twoich oczach i w Twoim sercu, jeśli tylko zechcesz wziąć w niej udział. Zdecydujesz się? Wystarczy tylko chcieć.

Rozdział 1.  „Moje” plany i Najwyższy Czas

Tak, już od dawna zamierzałem napisać swoją książkę. Taka myśl pojawiła się już wiele lat temu i nie dawała mi spokoju. Z pewnością takie plany to nic nadzwyczajnego. Przecież każda - każdy z nas w swoim życiu przechodzi przez tak wiele różnych kolei losu, że z pewnością i Twoja Historia Życia mogłaby zapełnić wiele stron Twojej ciekawej książki. Czemu nie? Przecież każda osoba odczuwa w sobie wewnętrzną potrzebę dokonania czegoś wyjątkowego, osiągnięcia samych wielkich rzeczy, by następnie móc podzielić się tymi wspaniałościami z innymi ludźmi, choćby nawet z całym światem.

W moim przypadku ciągle mi się wydawało, że przed napisaniem książki w swoim życiu muszę najpierw „coś” osiągnąć. Coś takiego, co stanowiłoby jego pewien zamknięty rozdział i byłoby jakimś tylko moim wspaniałym dokonaniem czegoś naprawdę wielkiego. Na przykład mogłoby to być zdobycie pokaźnego majątku lub chociażby osiągnięcie oświecenia duchowego, którymi to mógłbym się chwalić przed całym światem. A jeśli to nie byłoby możliwe, to przecież zadowoliłbym się „tylko” zdobyciem rozgłosu i sławy, stając się jakąś wybitną osobistością sztuki, sportu, nauki, polityki czy choćby samej religii. W każdym razie widziałem wtedy tak dużo najrozmaitszych okazji spełnienia mego marzenia i wykonania tego pięknego planu, że nawet nie brałem pod uwagę możliwości jego całkowitego niepowodzenia. Nie przyszło mi nawet do głowy, że coś może się nie udać, i że zawsze na drodze jego wykonania stale pojawiać się będą jakieś przeszkody.

W swojej nieświadomości marzyłem sobie dalej, że kiedy moja książka byłaby już wydana na całym świecie i oczywiście we wszystkich jego językach, a do tego w ogromnych nakładach, to byłbym taki szczęśliwy mogąc jaśnieć pełnym blaskiem własnej chwały przed wszystkimi ludźmi, chwaląc się „dziełem mojego życia” na każdym kroku, bo przecież podróżowałbym po całej Ziemi zapraszany przez największe osobistości wszystkich państw, które byłyby bardzo zaszczycone moim przyjazdem i moją obecnością. A przy tym - rzecz jasna i oczywista - nie wypadałoby mi nie wspominać gdzieś tam przy jakiejś okazji o Opatrzności, która pozwoliła mi na to wszystko, więc byłoby nieładnie z mojej strony, gdybym Jej za to nie dziękował.

Wielce podbudowany tak świetlaną przyszłością wymyśloną sobie tak sprytnie, od razu pomyślałem sobie, że nie pozostało mi nic innego jak tylko beztrosko czekać na pojawienie się tych wszystkich sprzyjających okoliczności, które same będą mi pomagać w wypełnieniu tego pięknego planu. Tylko, że w swym braku pokory ciągle nie uwzględniałem tego, co jest najważniejsze w tym i każdym innym życiu - nie moja nędzna wola tutaj się liczy, lecz wola Tego, Który Jest Stworzycielem i Panem Wszelkiego Życia! Jeśli tylko On raczy chcieć, by stała się taka czy inna rzecz, nikt i nic nie jest w stanie sprzeciwić się Jego Woli! A zatem nie ma już dla mnie takiego pojęcia jak moje plany. Jest tylko i wyłącznie wypełnianie Woli mojego Ojca w niebie, Który doskonale wie w jaki najlepszy sposób te „moje plany” i „plany” wszystkich nas bez wyjątku mają być wykonane. Często można odnieść wrażenie, iż następuje to w sposób powolny, a nawet prowadzi do tego jakaś okrężna droga. Spokojnie, nie ma powodu do obaw. Wszystko ma swój czas i nic nie jest dziełem przypadku czy jakimś zbiegiem okoliczności. Potrzeba nam wszystkim tylko więcej cierpliwości, zaufania i pokory.

No właśnie - „moje plany”. Napisanie książki, jak widać, stało się faktem, ale żeby to nastąpiło tak zupełnie „samo” - tego z całą pewnością nie mogę już powiedzieć, bo minęło całkiem sporo czasu, ponad dwadzieścia pięć lat, od kiedy na poważnie pojawiła się taka myśl. Teraz można powiedzieć, że to był taki niezbędny czas służący zgromadzeniu wszystkich potrzebnych materiałów do napisania tej książki. To był niezbędny czas, w którym musiały pojawić się takie, a nie inne doświadczenia i przeżycia potrzebne do zamieszczenia właśnie w niej. Napisać jakąś książkę to nie sztuka, ale mieć o czym napisać - to już nie jest takie proste, o czym wielokrotnie miałem się przekonać na własnej skórze. No cóż, to teraz jestem taki „mądry”, ale wtedy wcale tak nie myślałem ani tego nie wiedziałem.

W drugiej połowie lat osiemdziesiątych nawet podjąłem tę próbę i zacząłem pisać moją pierwszą książką o podobnej tematyce do tej obecnie, czyli poruszającej zagadnienia wiary i duchowości, a której początkowy fragment przedstawiłem do oceny Ryszardowi Trenklerowi, jednemu z księży luterańskich, którego wiele kazań miałem prawdziwą przyjemność wysłuchać, a który na swoim koncie miał już wydanych wiele książek i publikacji, więc był on dla mnie niezaprzeczalnym autorytetem i w tej dziedzinie. To co napisałem spodobało mu się, a mnie samego bardzo podbudowała na duchu jego przychylna opinia. Jednak wtedy nie dane mi było ukończyć jej pisanie.

W tamtym czasie zaś dane mi było wziąć udział w ogólnopolskim konkursie literackim Programu Trzeciego Polskiego Radia, zorganizowanym przez Panią Annę Semkowicz o tematyce: „Każde życie jest inne”.

Na udział w tym konkursie zdecydowałem się w ostatniej chwili. Trochę późno zabrałem się do pisania mojego opowiadania, (które zatytułowałem „Uśmiech”) bo ostatniej nocy poprzedzającej dzień, w którym kończył się termin nadsyłania wszystkich konkursowych prac. By go nie przekroczyć swoje opowiadanie zawiozłem rano bezpośrednio do siedziby radia. Na portierni poprosiłem tylko o przekazanie go w odpowiednie ręce zgodnie z nazwiskiem podanym na kopercie.

Po kilku dniach otrzymałem telegram, zawiadamiający mnie ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, że jestem zdobywcą pierwszej nagrody. Oprócz tego zapraszano mnie do siedziby Radia po jej odbiór. Jak się później okazało moja praca była chwalona za optymizm i to głównie dzięki niemu wygrała, a Organizatorka konkursu omawiając jego wyniki w swojej późniejszej audycji radiowej stwierdziła, że tylko dla tego jednego opowiadania warto było go przeprowadzić.

Bardzo się cieszyłem z tego sukcesu, ale nie chwaliłem się nim na wszystkie strony. O całej tej historii wiedziało tylko kilka osób - moja najbliższa rodzina, moja narzeczona, jej rodzice i mój dobry kolega, który przypadkiem wysłuchał audycji radiowej podsumowującej wyniki tego właśnie konkursu.

Wtedy myślałem sobie, że skoro „mój talent” został potwierdzony w ten sposób, więc wydawało mi się oczywistym, że już nic więcej nie może mi przeszkodzić w wykonaniu mojej życiowej misji oraz w spełnieniu mojego największego marzenia, ku któremu drzwi są szeroko otwarte. (W moim mylnym mniemaniu).

Pierwszym krokiem na drodze do urzeczywistnienia tego zamiaru, jak mi się wtedy wydawało, było zapewnienie sobie przyzwoitych warunków materialnych. Z pewnością nie jest to niczym odkrywczym, bo przecież większość z nas myśli w podobny sposób, aby mieć jakieś zabezpieczenie finansowe. Cóż, nic bardziej mylnego.

A zatem chciałem mieć dobrą pracę i w dodatku taką, która byłaby dla mnie czymś więcej, niż tylko pracą, ale żeby umożliwiała mi także pełne zrealizowanie siebie. Tutaj chyba za dużo oczekiwałem od życia, ponieważ nie wiedziałem zbyt dobrze w jaki sposób mam to osiągnąć, będąc przy tym w błędzie uważając, że to wszystko zależy tylko ode mnie, zapominając przy tym o niezwykle ważnej rzeczy - jest jeszcze Ktoś, Kto ma największy wpływ na wszystkie wydarzenia w naszym życiu i w ogóle na cały jego przebieg.

Pochłonięty pracą, a także szarą, materialną rzeczywistością w jakiś niezależny ode mnie sposób straciłem z oczu cel mojej misji, który nagle zaczął się ode mnie tak oddalać, że aż w końcu stał się dla mnie nieosiągalny. Życie płynęło dzień za dniem, z których każdy wypełniony był swoimi troskami oraz swoimi liczonymi sprawami. Miałem wrażenie, że jestem tym statkiem na morzu, który nie wie, do którego portu zmierza, więc wiatr wcale mu nie sprzyja. Zaczęło martwić mnie to, że nie mogę odnaleźć mojego właściwego portu - mojego celu.

Pewną wskazówkę i podpowiedź otrzymałem na początku lat dziewięćdziesiątych. Nie wiedziałem wtedy co ona dla mnie oznacza. Na jednej z lekcji języka angielskiego mieliśmy omówić obrazek, na którym był widoczny mężczyzna idący ulicą. Już na pierwszy rzut oka łatwo było stwierdzić, że jest bezdomny. Naszym zadaniem było krótkie podanie historii jego życia, a także odpowiedzieć na pytanie - co takiego mogło się z nim stać i co spowodowało tak przykre położenie, w którym się znalazł.

Wszystkie odpowiedzi zawierały stwierdzenia, mówiące o rodzinnej tragedii tego mężczyzny, która spowodowała taki a nie inny obrót sprawy lub dotyczyły kwestii finansowych, utraty pracy czy też poruszały aspekt zdrowotny omawianego przypadku.

Kiedy nadeszła moja kolej, to pod wpływem pewnej myśli, która wtedy mi się nasunęła, zacząłem opowiadać jak ten mężczyzna sam zdecydował się na takie życie - z własnego i świadomego wyboru postanowił stać się nędzarzem, aby doświadczyć właśnie tego wszystkiego, co tylko sama bieda może zaoferować, by później swe tak mocne i gorzkie doświadczenia móc przedstawić w swojej książce, bo był pisarzem i potrzebował nowego materiału do swej nowej pracy. Moja odpowiedź wszystkich zaskoczyła, a pani nauczycielka pogratulowała mi oryginalnego pomysłu.

A teraz po tych wszystkich latach, gdy wspominam tamtą lekcję nie mogę oprzeć się wrażeniu, że podświadomie wywróżyłem sobie taki los, który nas spotkał - moją żonę i dzieci albo po prostu podświadomie odczytałem tę linię życia, która jest naszym udziałem. Było to niejako potwierdzeniem tego zadania, które mamy do wykonania w tej reinkarnacji i w czasie tej podróży.

Przy innej znowu okazji, kiedy trochę bardziej interesowałem się literaturą, natknąłem się na pewne stwierdzenie, które bardzo głęboko utkwiło mi w pamięci: tylko taka literatura może przetrwać próbę czasu, która opiera się na prawdzie. Zatem z czystym sumieniem mogę teraz przystąpić do spisywania niektórych wydarzeń mających miejsce w naszym życiu (oraz różnych przemyśleń), a które dane nam było przeżyć również na potrzebę tej właśnie publikacji, a może nie tylko tej…

Nic nie jest dziełem przypadku a także nie ma zbiegów okoliczności w zdarzeniach dotyczących każdej i każdego z nas. Wszystko ma swój konkretnie określony cel i swój właściwy czas swojego zaistnienia. A skoro ten czas teraz nadszedł, więc należy go wykorzystać jak najlepiej.

No tak, tylko jaki jest ten odpowiedni sposób napisania tej książki skoro ma ona zawierać tyle różnych ważnych i wzniosłych myśli, za które jestem przecież odpowiedzialny. Wydaje mi się, że nie można tak od razu wszystkiego napisać i już - po całym kłopocie. I nie chodzi mi tutaj o to, by zostawić jakieś historie z naszego życia na później w celu ich wykorzystania do napisania następnych książek, ale ta rozterka dotyczy tego, by treści zawarte w tej książce nie były dla kogoś przypadkiem zbyt dużym zaskoczeniem, a tym bardziej jakimś wstrząsem. Jednak Prawda nie może być skrywaną i zbyt słodko przedstawianą. Nie mogą to być łagodne i ckliwe opowiastki, przyjemne do słuchania jak słodkie bajeczki dla dzieci, ale mocne i szczere słowa wynikające z czynów, budzące świadomość i trafiające do serc wszystkich tych, którym będzie dane je przeczytać.

A skoro tak, to już wiem! Nie ma co tu owijać w bawełnę, ale w myśl zasady, żeby mówić „prosto z mostu” należy przedstawić od razu całą Prawdę. Nie ma już czasu na zabawę i delikatne tłumaczenie czy też proszenie, aby ludzie zaczęli otwierać oczy, zaczęli myśleć i rozumieć. Czas najwyższy być człowiekiem pełnej, uczciwej, codziennej i szczerej wiary. Czas najwyższy pozostawić te wszystkie teorie, dogmaty i wyuczone formułki z katechizmu, a zacząć w praktyce, W PRAKTYCE STOSOWAĆ WIARĘ! Żyć wiarą CODZIENNIE I W KAŻDEJ SYTUACJI! Praktykować wartości człowiecze!

Dosyć z pięknymi słowami, głupimi i bezmyślnymi uśmieszkami i bezmyślnym gadaniem! CZAS NA CZYNY I TO TERAZ! Dosyć tego wszystkiego, tego duchowego marazmu oraz tego duchowego kalectwa, tej amnezji wiary, miłości, miłosierdzia i człowieczeństwa! Czas najwyższy przestać lekceważyć samego Boga Ojca i każdy przejaw Jego Istnienia, choćby stanowił nawet najmniejszą cząstką życia! Dosyć z udawaniem, że jesteśmy szczęśliwi żyjąc bez Niego! Dosyć z udawaniem, że jesteśmy wszystkowiedzący! Dosyć z udawaniem, że ten świat stworzony przez nas, pokraczny świat nieudolnych wysiłków karłowatych ludzkich myśli może ośmielać się próbować zastąpić doskonały Świat Boga Ojca! Jego Raj jest Doskonałym Światem właśnie dla nas wszystkich, tu i teraz na tej Pięknej, Wspaniałej, Cudownej i Kochanej, naszej PLANECIE ZEMIA!

Czas najwyższy podnieść się z kolan i uwolnić się spod tyranii fałszu, od wmawianej nam winy za wszystkie popełnione i nie popełnione czyny. Czas najwyższy wyprostować zgarbione do samej ziemi plecy pod ciężarem absurdu materialnego życia! Czas najwyższy, by wysoko a z godnością podnieść głowę i śmiało mówić Prawdę i według tej Prawdy żyć, i postępować w każdej chwili naszego życia!

CZAS NAJWYŻSZY UMIEŚCIĆ PANA BOGA - OJCA STWORZYCIELA W SAMYM SERCU NASZEGO ŻYCIA! NIECH BĘDZIE NASZYM JEDYNYM CELEM!

Czas najwyższy pogodzić się z prawdą, szczerością, uczciwością, dobrocią, miłosierdziem, a przede wszystkim z prawdziwą miłością - bezosobową, bezwarunkową, przejrzystą i czystą, a także z wszelkimi czynami z niej wynikającymi!

Czas najwyższy na zaistnienie człowieczeństwa na tej Ziemi, na ludzkie traktowanie naszej kochanej Matki Natury! Czas najwyższy na otwarte serca, umysły i dusze, czas najwyższy na odwagę w wyrażaniu naszego odwiecznego i ŚWIĘTEGO PRAWA DO SCZĘŚLIWEGO ŻYCIA W MIŁOŚCI BOGA OJCA! Czas najwyższy dla nas wszystkich na PRAWDĘ, MIŁOŚĆ I SZCZĘŚCIE!

Niechaj nikt nie ośmiela się zaprzeczać, że nie można żyć pełnią wiary, zaufania, posłuszeństwa i pokory wobec samego Stwórcy Wszechrzeczy! Niechaj nikt się nie waży zaprzeczać, że jesteśmy pod stałą opieką i pomocą Świata Duchowego! Niechaj nikt nie ośmiela się twierdzić, że jesteśmy pozostawieni sami sobie, i że te wszystkie nieszczęścia to jest jakaś kara boska. Niechaj nikt nie ośmiela się twierdzić, że nie można żyć według Praw Pana Boga, według Jego Przykazań danych nam jeszcze przed wiekami, a stale obowiązującymi, a które są dla nas najlepszymi Drogowskazami!

Niech nikt nie ośmiela się myśleć, że to wszystko jest niemożliwe, nieprawdopodobne i niewykonalne. Niech nikt nie ośmiela się wątpić, nie wierzyć, nie mieć nadziei, nie okazywać miłości i nie podejmować wysiłku w dążeniu do doskonałości i nie podejmować pracy nad sobą, pracy nad budowaniem dla nas wszystkich naszego RAJU NA ZIEMI!

Wszyscy w jednakowym stopniu zasługujemy na ten Raj, wszyscy mamy w nim przeznaczone miejsce dla siebie i dla naszych wszystkich umiłowanych istot! Niech nikt nie ośmiela się myśleć, że ktoś inny wykona za nas to całe zadanie! Ta cała praca należy do nas wszystkich, Ty i ja jesteśmy za nią odpowiedzialni! Tylko Ty i ja całym swoim wysiłkiem możemy wykonać ją w sposób odpowiedni. Tylko Ty i ja zaczynając ją TERAZ i pracując w wiecznym TERAZ należycie wykorzystamy czas, nasze życie, naszą obecną reinkarnację!

Nie ma na co czekać, to co minęło nie powróci, to co jest już było, a co będzie jest już teraz. Teraz żyjemy, teraz pracujemy, teraz istniejemy pełnią miłości i szczęścia nie tylko dla siebie samych, ale przede wszystkim dla innych, najpierw dla samego Pana Boga Ojca Stworzyciela, potem dla Świata Duchowego i wszystkich Istot Duchowych, a następnie dla wszelkich istnień Świata Materii oraz nas wszystkich nawzajem, na tej i na każdej innej zamieszkałej Planecie w całym i bezkresnym Wszechświecie!

Wejrzyj więc w siebie głęboko, aż po najgłębsze pokłady Twego jestestwa i dobądź z nich swe najprawdziwsze i jedyne „JA”, którym w najlepszy, w doskonały sposób będziesz służyć innym, a dzięki temu i sobie. Sięgnij po swój największy dar, którym jest Twoje największe pragnienie w tym istnieniu, Twoje największe natchnienie tego życia i podziel się nim z nami wszystkimi.

Sięgnij po miłość, bo tej masz ogrom cały w Twym cudownym sercu, sięgnij po odwagę, bo tej masz prawdziwy bezmiar w duszy swojej i wreszcie sięgnij po wiarę, bo dzięki Twemu Duchowi nigdy Ci jej nie brakuje.

I niech Ci nie brakuje pewności siebie, bo na służbie u samego Pana Boga Ojca jesteś, a jeśli to za mało, to wiedz, że Jego samego cząstką jesteś. On sam jest w Tobie, w sercu Twym mieszka, bo dziecięciem najukochańszym Jego zawsze jesteś! Nikt, nic i przenigdy tego Świętego Prawa Boskiej Przynależności odebrać Ci nie jest w stanie. To jest Twoje najwartościowsze Obywatelstwo Duchowe! To jest Twój najwspanialszy Akt Duchowego Urodzenia! Najukochańsza, Najwspanialsza Istoto Stworzona przez Samego Ojca Stworzyciela - czas najwyższy postępować, myśleć i mówić jak przystało na tak szlachetnie urodzonych! Czas najwyższy zaświadczyć o tak dostojnym swym pochodzeniu nawet gdyby miało to oznaczać złożenie ofiary ze wszystkich Twych egoistycznych dążeń Twojego całego życia, nawet gdyby miało to oznaczać zaniechanie życia dla samej i dla samego siebie, i miało oznaczać zrezygnowanie ze wszystkich swych życiowych celów nawet tych, które w Twoim świętym przekonaniu są najdoskonalsze i najwspanialsze.

Najwyższy czas, by zapomnieć o sobie i okazać pełne posłuszeństwo samemu Panu Bogu. Czas najwyższy na wypełnienie nie własnej, ale Jego Świętej Woli. Czas najwyższy na przeistoczenie się w Jego narzędzie - wypróbowane, sprawdzone i doskonałe, którym On sam będzie mógł zawsze dowolnie się posługiwać, zawsze według Swego uznania i Swojej Woli.

Czas najwyższy przejść przez próbę ognia i stać się tym klejnotem najczystszym i szczerozłotym, w którym nie ma nawet najmniejszej skazy. Czas najwyższy podjąć tę jedną jedyną decyzję życia, czas najwyższy wykonać ten ostatni wysiłek woli, by w pełni należeć do Jedynego Pana Boga Ojca, Stworzyciela Wszechrzeczy, by być godnym tego, aby być nazywanym Jego umiłowanym dzieckiem!

Być nazwanym dzieckiem samego Pana Boga oraz mieć ten wielki przywilej bycia nim jest ogromną odpowiedzialnością i zobowiązuje do bardzo wielu rzeczy. Nie jest to jakiś tam tytuł, który można sobie kupić, ale trzeba na niego zapracować i pokazać swoimi czynami, że jest się go godnym, że jest się go godnym nie tylko by go otrzymać, ale móc go posiadać i dawać przykład innym. Takie są tego konsekwencje - pozytywne konsekwencje. I odwagi, bo nigdy nie jesteśmy same i sami w żadnej chwili naszego życia. Zawsze mamy pomoc z samej Wysokości, która nigdy nie zawodzi i zawsze przychodzi w chwili najbardziej odpowiedniej. Bądźmy mężni i dzielni, bo to nie jest czas wahania. Miejmy wiarę w siebie, a przede wszystkim w Tego, Który nas prowadzi - zwłaszcza wtedy, gdy w naszym życiu wypełniamy Jego Misję!

I jeszcze jedno. Jestem niewierzący, ale praktykujący. Nie wierzę w Pana Boga…, bo doskonale wiem, że ON ISTNIEJE! Ta Prawda nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości. I wiem z całą pewnością, że ON istnieje tak samo jak prawdziwa jest Jego Doskonała Miłość do wszystkich nas. Natomiast wierzę każdemu Jego Słowu, wierzę bez najmniejszego zastrzeżenia we wszystko co ON sam mówi i staram się być w pełni posłuszny mojemu Kochanemu Ojcu, Który Jest w Niebie tak bardzo jak tylko mogę, a Który stale jest ze mną ponieważ mieszka w moim sercu. Jestem Jego i należę do Niego.

To są słowa. A co z czynami?

Na drodze naszego życie prowadzącego pod prąd tego materialnego świata z wszystkimi jego fałszywymi regułami, dane nam było wyzwolić się spod tyranii tego współczesnego bożka, którym jest pieniądz. Zawsze staramy się by nie był najważniejszą, największą wartością w naszym życiu. Kiedy nie mogliśmy znaleźć żadnego stałego zatrudnienia i skończyły się nam wszystkie pieniądze nie gardziliśmy żadną uczciwą pracą dorywczą. Sprzedaliśmy dom, samochody i wszystkie wartościowe rzeczy włącznie z obrączkami. Obecnie nie mamy także żadnych zabezpieczeń finansowych, żadnych ubezpieczeń zdrowotnych czy społecznych, żadnego planu emerytalnego czy nawet jakiegoś tam filaru.

Ryzykując życie nasze i naszych dzieci zdaliśmy się całkowicie na łaskę naszego Ojca Niebieskiego postanawiając nie ingerować w żaden sposób w Jego postanowienia nas dotyczące. Wskutek tego przechodziliśmy przez ciężką próbę głodu. Przez długie dni nie mieliśmy w ogóle żadnego pożywienia, a całymi miesiącami nie mieliśmy wystarczająco dużo jedzenia, doświadczając w ten sposób i ucząc się co tak naprawdę oznacza bezgraniczne zaufanie i mocna wiara w ocalenie jedynie przez Niego przychodzące.

W skutek tych wszystkich ograniczeń w naszym bytowaniu nabraliśmy ogromnego szacunku dla samego życia jako świętego daru danego nam wszystkim bez wyjątku. Nabyliśmy pokory wobec nieskończonej Wielkości Ojca Wszechrzeczy doświadczając, że bez Jego ingerencji sami nie jesteśmy w stanie uczynić dosłownie żadnej, nawet najmniejszej rzeczy. Niejednokrotnie doświadczyliśmy również prawdziwego cudu ocalenia, kiedy to nie jeden raz znajdowaliśmy się już w tragicznym położeniu oraz w sytuacji wydawałoby się bez wyjścia, a także kiedy zagrażało nam śmiertelne niebezpieczeństwo. Jednak o tym w następnych rozdziałach.


Rozdział 2. Czyny nie słowa

Najpierw jedna myśl. Kiedy mamy co jeść każdego dnia, kiedy mamy pracę i dach nad głową, może i jakiś własny pojazd, kiedy sprzyja nam zdrowie, mamy wielu znajomych i przyjaciół, to czy wtedy nie jest nam łatwiej kochać Pana Boga? Czy przypadkiem nie jesteśmy skłonni twierdzić, że takim ludziom, którzy mają to wszystko Pan Bóg błogosławi? Czy nie jesteśmy skłonni przypuszczać, że jeśli ktoś cierpi na brak tego wszystkiego, nie ma pieniędzy, pracy, to w takim razie musiał popaść w niełaskę i Pan Bóg od niej i od niego się odwrócił? Czy znajdując się w jakimś bardzo trudnym położeniu to czy nadal jesteśmy w stanie wyznawać naszą miłość Panu Bogu i nadal Mu wierzyć, i nadal być Mu posłusznymi, i pokornie przyjmować wszystko to, co tylko przynosi każdy dzień życia? Czy raczej odwracamy się od Niego ze zniechęceniem i nie chcemy Go już więcej znać? Czy przypadkiem nie poddajemy się zbyt łatwo kiedy nadchodzi dla nas czas próby, czas sprawdzenia nas w tak trudnych warunkach i może do takiego stopnia ciężkich, kiedy wręcz zagrożone jest nasze życie? I co wtedy? Poddajemy się czy trwamy ufając i wierząc Panu Bogu, że o nas nie zapomniał i wybawi nas od tego wszystkiego?
Jak większość ludzi pracowałem na pełny etat. Nie narzekałem na swoją pracę (wbrew wielu malkontentom, których nigdzie nie brakuje), dzięki której byłem w stanie utrzymać moją rodzinę z jednej pensji. Moja żona Olivia nie pracowała zawodowo, ponieważ kierowana wewnętrznym i bardzo mocnym przekonaniem postanowiła w pełni poświęcić się wychowaniu naszych dwóch synów, ofiarować im całą swą najwspanialszą matczyną miłość, opiekę i troskę. Nie wyobrażała sobie pozostawienia ich na długie godziny pod opieką jakiejś całkiem obcej osoby w jakimś żłobku. Oboje byliśmy zgodni także i w tym, że nie chcemy obarczać wychowaniem, opieką naszych dzieci kogoś z rodziny, by móc poświęcić się pracy zawodowej. Olivia nigdy nie brała pod uwagę takiej możliwości.
W pierwszych latach mojej pracy w całkiem porządnej firmie zagranicznej uzyskaliśmy kredyt i zaczęliśmy budować swój wymarzony dom. Jak stwierdziła jedna moja znajoma, dużo ryzykowałem mając to obciążenie kredytem hipotecznym, jeżdżąc samochodem po całej Polsce w charakterze sprzedawcy, a w dodatku będąc jedynym żywicielem rodziny. W sumie miała rację. Posiadałem co prawda jakieś tam ubezpieczenie na życie, którego wymagał bank udzielający kredytu oraz jakieś ubezpieczenie w pracy od nieszczęśliwego wypadku, ale gdyby coś poważnego mi się stało to moglibyśmy znaleźć się w niewesołym położeniu i dużo stracić również w sensie materialnym.
Nie przejmowałem się tym jednak aż tak bardzo i nie myślałem o tym zbyt dużo. Moje myśli bardziej zajmowała sama praca. Byłem skupiony na zarabianiu takiej kwoty pieniędzy, która byłaby wystarczająca na przeżycie od wypłaty do wypłaty, co nie zawsze przychodziło nam tak łatwo. Nie przesadzaliśmy z wydatkami. Zwrot długu, (czyli comiesięczny haracz banku) był dla nas dodatkowym obciążeniem. A bardzo oszczędne prowadzenie domu przez Olivię w połączeniu z jej minimalnymi wydatkami na swoje potrzeby stanowiły ogromną ulgę dla naszego skromnego budżetu domowego.
Nie mieliśmy większych powodów do zmartwień. Dzieci były zdrowe, cieszyliśmy się mieszkając w naszym nowo wybudowanym domu pomimo, że nie był jeszcze całkowicie wykończony. Olivia zaczęła pracować ucząc prywatnie dzieci znajomych i sąsiadów języka hiszpańskiego oraz angielskiego. A kiedy nam się wydawało, że w końcu zaczynamy wychodzić „na prostą” i nasza sytuacja materialna powolutku zaczyna się nieco poprawiać, to wszystko uległo zmianie i zaczęło zmierzać w przeciwnym kierunku.

Zostałem zwolniony z pracy, a następna, którą udało mi się znaleźć nie była już tak dobra. Spłata kredytu cały czas była dla nas dużym obciążeniem finansowym. Wykańczanie domu, które od długiego czasu napotykało szereg trudności, teraz musiało być całkowicie wstrzymane. Pomimo usilnych starań i uruchomienia niemal wszystkich moich kontaktów nie udało mi się znaleźć dobrego zatrudnienia. Coraz częściej Olivia poruszała temat wyjazdu z Polski i zamieszkania w jakimś cieplejszym kraju. W dodatku w tamtym czasie spotkałem się ze znajomym z ostatniej, który wyemigrował do Hiszpanii i bardzo sobie to chwalił. (Ten to potrafi przekonać…) Uznałem z Olivią, że nie ma na co dłużej czekać. Podjęliśmy decyzję - wyjeżdżamy. A później wszystko nagle potoczyło się bardzo sprawnie.

Nadspodziewanie szybko znalazł się nabywca domu i natychmiast udało się sprzedać nasz wysłużony samochód. A nowo zakupiony zarejestrowaliśmy w ciągu zaledwie kilku dni bez długiego oczekiwania w kolejce do wypełnienia formalności urzędowych. I jeszcze na kilka miesięcy przed naszym wyjazdem z Polski, jeden pracodawca skontaktował się z nami oferując przyzwoitą pracę na Wyspach Kanaryjskich.

W sumie przeprowadziliśmy się dwukrotnie zmieniając kraj i kontynent. Najpierw wyjechaliśmy do Hiszpanii, a potem do Meksyku. Za każdym razem kiedy się przeprowadzaliśmy musieliśmy sprzedać samochód po bardzo atrakcyjnej cenie (dla kupującego, a nie dla nas). W Meksyku nie mogliśmy znaleźć żadnej pracy pomimo usilnych poszukiwań trwających około roku. Nie pomógł w tym tytuł inżyniera mojej żony ani fakt, że jej rodzeństwo pracowało w dobrych przedsiębiorstwach, które co jakiś czas prowadziły nabór nowych pracowników. Pewne pośrednictwo pracy, które znalazło pracę jednemu z braci mojej żony w naszym przypadku okazało się bezsilne.

Po kilkunastu miesiącach skończyły się nam wszystkie pieniądze. Tak jak Olivia nie mogłem uwierzyć, że przez tak długi czas intensywnych starań nie mieliśmy nawet jednego zaproszenia na rozmowę kwalifikacyjną. Nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, że Opatrzność wytyczyła nam inną drogę, bo ta kariery zawodowej zdecydowanie nią nie jest. A w dodatku stopniowo i delikatnie przygotowuje nas do tego co nieuniknione i najtrudniejsze.

Nie byliśmy tylko gotowi na następny etap naszego wędrowania, gdyż niepotrzebnie broniliśmy się przed tym co nieuniknione. Prosiliśmy o pomoc rodzinę w Meksyku, czego nam nie odmówiono przez jakiś czas. Aż w końcu i to się skończyło. Osoba wspierająca nas finansowo dała nam do zrozumienia, że więcej nie możemy na nią liczyć. Z braku środków finansowych dzieci musiały przestać chodzić do szkoły. Olivia sama uczyła je w domu niektórych przedmiotów. Aż wreszcie powoli dotarło do nas i staraliśmy pogodzić się z faktem, że nie możemy podejmować żadnych własnych starań, by zdobywać pieniądze, ale powinniśmy ograniczyć się do przyjmowania tych ofert pracy, które „same” się pojawią. „Same”, czyli z woli Nieba, z woli Istot Duchowych.

Następnym niezwykle trudnym wyzwaniem dla nas było to, aby nie podejmować żadnych działań, nie podejmować żadnej naszej inicjatywy w celu zdobycia pożywienia albo pieniędzy na jego zakup. Wreszcie zdecydowaliśmy się w pełni zaufać Panu Bogu i całkowicie poddać się Jego woli. Niech się dzieje co tylko On sam zdecyduje. Uważaliśmy, że jeśli sami podejmiemy się pewnych działań, by wyjść z naszego trudnego położenia, to wtedy swym postępowaniem jedynie przekreślimy plan przygotowany przez Pana Boga. Nasza inicjatywa zablokuje i zniszczy przygotowany przez Niego cały ciąg zdarzeń. Tych wszystkich, przez które mieliśmy przejść. Postanowiliśmy w pełni Mu zaufać i tylko Jemu zawierzyć.

Pierwszą taką propozycją, która „sama” się pojawiła, a dzięki której utrzymywaliśmy się długie tygodnie była praca w charakterze stolarza. Otrzymywałem taką zapłatę, która w sam raz wystarczała na nasze utrzymanie i zapłacenie zaległych rachunków. Innym razem, kiedy została nam jedna moneta pięciopesowa (nieco ponad złotówkę) i nie mieliśmy żadnej możliwości skontaktowania się z rodziną z powodu odłączenia telefonu oraz Internetu za ponownie niezapłacony rachunek, a w samochodzie było tak mało paliwa, że skutecznie uniemożliwiało dojazd do kogokolwiek z rodziny, to wtedy niespodziewanie pojawiła się pomoc. Przyjechał brat Olivii Thare. Nie dość, że poprosił mnie o wykonanie pewnej pracy stolarskiej, to oprócz tego pożyczył nasz samochód, oddając go potem z większą zawartością zbiornika, dzięki czemu zaoszczędziliśmy więcej pieniędzy i przeznaczyliśmy je na zakup dodatkowego jedzonka.

Co do mnie, to otrzymałem następną porządną lekcję pokory, ponieważ jako głowa rodziny ciągle nie mogłem się pogodzić z faktem, że nie jestem w stanie zapewnić swojej żonie i naszym dzieciom choćby minimalnego utrzymania, bo w końcu nadszedł ten dzień, ten dzień, którego tak bardzo się obawialiśmy. Dzień w którym skończyła się nam resztka pożywienia. Spożyliśmy nasze ostatnie kromki chleba i dosłownie nie mieliśmy już co jeść. Koniec. Przez długich kilka dni nic się nie zmieniło. Nie było co jeść i wciąż byliśmy głodni.

Mogło by się wydawać, że aby zmienić nasze trudne położenie wystarczyłoby tylko zwrócić się do kogoś o pomoc. Jednak nie o to tutaj chodziło. Wiedzieliśmy, że bez podejmowania z naszej strony nawet najmniejszego działania, że całkowicie zawierzając Opatrzności i wiedząc, że Ona nas wybawi, to tak właśnie się stanie i tak będzie. Trzeba przyznać, że drogo nas kosztowało powstrzymanie się od jakiegokolwiek działania. Nic nie robić było wtedy paradoksalnie najtrudniejszą rzeczą do wykonania w naszym życiu. Nie byłoby przecież nic prostszego niż pójść do sąsiadów i poprosić o możliwość zatelefonowania do kogoś z rodziny i powiedzieć, że już od kilku dni nic nie jedliśmy i prosimy o trochę jedzenia. Nie sprawiłoby nam najmniejszej trudności zapukać do drzwi naszych sąsiadów i zwrócić się do nich z taką samą prośbą. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że tej pomocy nikt by nam nie odmówił, nawet pomimo pewnej do nas niechęci z tego powodu, że nie pracujemy i nie zarabiamy pieniędzy.

Z drugiej strony do nikogo nie mamy choćby najmniejszej pretensji, że przez wszystkie tamte dni nikt nami się nie zainteresował, nikt do nas nawet nie zatelefonował, żeby spytać co się z nami dzieje. Nikt z sąsiadów nie zajrzał wtedy nawet na chwilę w żadnej sprawie. Teraz wiemy, że tak miało być i właściwie jesteśmy im wszystkim za to wdzięczni, ponieważ dzięki temu nie przeszkodzili temu wszystkiemu, co się musiało z nami wtedy stać. Nie przeszkodzili w wypełnieniu tego planu, który nas dotyczył.

A my wciąż trwając w nadziei, czekaliśmy na pierwszy cud naszego ocalenia. Wiedzieliśmy, że przecież Pan Bóg wie doskonale co się z nami dzieje, i że z całą pewnością o nas nie zapomniał. Całymi dniami leżeliśmy na łóżkach. Byliśmy zbyt osłabieni, żeby siedzieć. W ciągu dnia schodziliśmy i wchodziliśmy po schodach tylko po to, żeby napić się wody lub zanieść ją dzieciom. To był nasz jedyny wysiłek fizyczny, bo do innego nie byliśmy zdolni.

Aż w końcu skończyła się nam i woda pitna. Przecież nie było nas stać na jej zakup i pozostała tylko woda z kranu. Niestety, nie ma tutaj tak jak w Polsce „źródełek” z bezpłatną wodą oligoceńską czy głębinową. A kupienie dwudziestolitrowego baniaka wody było tylko pięknym marzeniem. Dobrze, że chociaż tę miejską wodę wtedy mieliśmy, bo ostatnio wodociągi coraz częściej nawet jej nas pozbawiały, skazując całe osiedla i dzielnice na suche krany całymi godzinami, a także i dniami. A wtedy z pomocą przychodziły pochmurne dni oraz obwite deszcze. Co do samej wody deszczowej to cóż… Byliśmy szczęśliwi, że w ogóle mamy co pić. A może kiedyś ktoś miał okazję picia deszczówki? Ohyda, nie polecam. Taka destylacja, że trudno ją było przełknąć. Jednak mimo wszystko była lepsza od wody z kranu, która na odległość „jechała” stęchłymi glonami, którego to smaku nie traciła nawet po długim gotowaniu. Nie mogłem sobie wtedy darować, że nie przyjąłem od sąsiada trochę cukru, którym chciał nam obdarować, bo sam z niego nie korzystał. Pod wpływem jakiejś bezsilnej złości, która mną zawładnęła odrzuciłem ofiarowaną pomoc. Było to jedynym wyrazem mojego sprzeciwu na to wszystko co wtedy nas spotkało.

I nagle stał się prawdziwy cud. Ktoś zapukał do drzwi. Kiedy je otworzyłem zobaczyłem sąsiadkę z naprzeciwka, która pytała czy nie mamy przypadkiem trochę płynu chłodniczego, bo w jej samochodzie się skończył. Szczęśliwie mieliśmy go jeszcze sporo w plastikowej butelce, ponieważ nie cały został wykorzystany. W tym czasie zeszła Olivia, żeby zobaczyć co się dzieje. Kiedy sąsiadka spytała, ile ma nam zwrócić pieniędzy, powiedziałem, że nie chcemy pieniędzy, wystarczy jedna tacka kurzych jajek. Olivia także się zgodziła na taką formą zapłaty. Sąsiadka nieco się zdziwiła i jeszcze tylko się upewniła czy na pewno w ten sposób chcemy się z nią rozliczyć. A skoro z naszej strony usłyszała potwierdzenie, to zapewniła, że zaraz z nimi wróci. I rzeczywiście tak się stało. A my w końcu mogliśmy sobie trochę pojeść. Wkrótce potem ta sama sąsiadka zapytała nas czy może chcemy, aby kupiła nam coś do jedzenia. Zgodziliśmy się na to od razu. Po krótkim czasie mieliśmy przyzwoity obiad i lepsze nastroje.

Później jeszcze przez długie tygodnie niedojadaliśmy, gdyż jedynym naszym pokarmem było tylko to, co inna z sąsiadek przynosiła nam do degustacji z tego, co sama ugotowała dla swojej rodziny, nie mając żadnego pojęcia w jakim położeniu się znajdowaliśmy. Jednak byliśmy niezwykle wdzięczni Opatrzności za tę jakże ważną dla nas wtedy i nie tylko wtedy pomoc, może nie taką jaką byśmy chcieli, jednak największą pomoc w naszym życiu, bo właśnie to życie ratującą.

Przez cały ten czas Olivia i ja bardzo podziwialiśmy Pawła i Daniela, nasze kochane dzieci, które ani razu, ani razu kiedy tak często cierpieliśmy głód i pragnienie, nie wypowiedziały najmniejszego słowa skargi czy rozpaczy. Nigdy, nigdy się nie skarżyli. A gdy w odpowiedzi na swoje pytanie czy może jest coś do jedzenia, słyszeli odpowiedź przeczącą, to w milczeniu i w pokorze zgadzali się z tym i odchodzili ze smutnie opuszczoną głową. Sam nie wiem czy będąc w ich wieku tak dzielnie jak oni wytrzymałbym te wszystkie i tak liczne trudne dni. Naprawdę nie wiem.

I w ten oto sposób całymi latami przechodziliśmy razem przez lepsze lub gorsze dni. I całymi latami pozbawieni byliśmy pracy etatowej. Jednak za każdym razem podejmowaliśmy się każdego dorywczego i uczciwego zajęcia, kiedy tylko pojawiała się taka możliwość. A dzięki temu mogliśmy przetrwać i przeżyć każdy następny dzień, dziękując Niebiosom za łaskawe nam tego umożliwienie. Dorywcza praca przez nas wykonywana była różna. Głównie pracowaliśmy w charakterze tłumacza i korepetytora, ale nie odrzucaliśmy żadnej innej okazji zarabiania na swe utrzymanie pracując też jako murarz, stolarz, hydraulik, elektryk, malarz, kierowca, krawiec, piekarz, cukiernik, sprzedawca książek. Ostatnio zdobywaliśmy trochę pieniędzy na jedzenie myjąc samochody sąsiadom.

Zdarzało się też i tak, że nawet nasze dwa kotki ratowały nas od głodu. Czasem, kiedy ktoś z sąsiadów albo krewnych miał coś dla naszych zwierzątek, a co jeszcze nadawało się do spożycia, bo nie było zepsute, to wtedy sami to jedliśmy, oczywiście dzieląc się z naszymi małymi czworonożnymi domownikami. Najprawdopodobniej nam to wybaczyły, ponieważ są z nami do dnia dzisiejszego.

Nie marnowaliśmy też i innych okazji, umożliwiających nam zdobycie trochę pożywienia. Kiedyś, wychodząc ze sklepu zobaczyłem z Olivią jakieś kawałki filetów z kurczaka, leżące ładnie na chodniku. Bez zastanowienia powiedziałem, że chcę je zabrać. Mojej żonie ten pomysł się nie spodobał i trochę się wahała. Ja zaś argumentowałem swoją decyzję tym, że obok leżało jeszcze opakowanie po tym kurczaczku, więc na pewno długo tak biedny sam nie leżał. W dodatku padał na niego cień budynku, który chronił go przed palącym Słońcem. A jeśli w domu stwierdzimy, że dla nas nie będzie nadawał się do spożycia, to nasze kotki na pewno nim nie pogardzą.

Chyba ten argument był tym najbardziej przekonującym. Po powrocie opowiedzieliśmy dzieciom całą tę historię i wszyscy razem, po uprzednim i dokładnym umyciu kurczaczka, dokonaliśmy jego oględzin. Nie zauważyliśmy niczego podejrzanego, więc zgodnie podjęliśmy decyzję o usmażeniu z niego kotlecików. Wszyscy zajadaliśmy się nimi z wielkim apetytem. Po prostu smakowały wybornie i były pyszne, może też dlatego, że od bardzo dawna nie jedliśmy żadnego mięska.

Nie gardziliśmy także tym, co sama Matka Natura zechciała nam ofiarować. Pewnego razu jedliśmy jakieś strączki z drzewa o nazwie Mezquite, podobne z wyglądu do zielonego groszku i nawet trochę przypominające go w smaku. Jak na obiad było to całkiem skromne pożywienie, jednak zawsze mogliśmy powiedzieć, że obiad przecież dzisiaj jedliśmy. Innym cudem, który wydarzył się w naszym małym ogródku, było pojawienie się jednego podejrzanego krzaczka. Kiedy był jeszcze mały przypuszczaliśmy, że to jest może krzaczek ziemniaka. Jednak kiedy bardziej podrósł nie ulegało już żadnej wątpliwości, że to rośnie pomidorek. Sami go tam nie zasialiśmy, więc tym większa była nasza radość z jego pojawienia. A wkrótce ukazały się jego pierwsze, niewielkie, zielone i piękne pomidorki. Obok niego natychmiast wbiliśmy dwa paliki oraz delikatnie podwiązaliśmy mu gałązki, tak jak mnie uczyła moja mama. Z cienkiego drutu wykonałem niewielki abażur, na którym położyliśmy kawałek szmatki, tworząc w ten sposób niewielki baldachim rzucający cień na naszą roślinkę, chroniąc ją przed palącymi promieniami Słońca. (Latem w cieniu temperatura wyraźnie przekraczała 40º Celsjusza).

Prawie codziennie przyglądaliśmy się z ogromną uwagą tym wspaniałym pomidorkom, chcąc tym samym sprawić, aby jak najszybciej dojrzały. A kiedy w końcu to się stało i już nadawały się do spożycia, to każdego dnia jedliśmy tylko jednego, równo dzieląc go na czworo. A sam smak był przepiękną, niczym szesnastooktawową harmonią dźwięków, aksamitnie muskającą i pieszczącą nasze wyjałowione podniebienia, dostarczając im w ten sposób rajskich doznań, wręcz nieziemskich swym głębokim, pełnym i wybornym smakiem. Mieliśmy wrażenie jakbyśmy spożywali same najbogatsze minerały ziemi, jakbyśmy doznali zaszczytu posmakowania jej samej w jej najszlachetniejszej postaci. Doprawdy, smakowały wyjątkowo. (Aż ślinka mi teraz popłynęła jak to piszę).

Mimo wszystko nie mogliśmy nie dostrzec pewnych korzyści płynących z barku jedzenia. Przede wszystkim nie traciliśmy czasu na zakupy. A następną wynikającą z tego niezaprzeczalną korzyścią była pusta lodówka. Nie musieliśmy więc zmagać się z upychaniem w niej pożywienia. Nie dość, że się nie brudziła, to w ogóle nie zużywała energii elektrycznej - przecież nie było żadnego sensu, żeby świeciła pustkami - więc odłączyliśmy ją od prądu. Inną zaletą była znaczna oszczędność naszej pracy - nie trzeba było zmywać naczyń. Oprócz tego nie mieliśmy żadnych śmieci do wyrzucania. Same korzyści. Nie wspominając już nawet o tym ile straciliśmy na wadze. Najlepszy sposób odchudzania… To tak trochę żartując, bo na poważnie mówiąc dane nam było oczyścić nasze organizmy oraz mieliśmy okazję wzmocnić się duchowo.
Wspominając tamte trudne i długie dni nie możemy zapomnieć o tym, że bardzo często byliśmy w stanie przeżyć - cztery osoby, w tym dorastające dzieci - cały tydzień za sto peso, czyli 25 złotych, (równowartość ośmiu dolarów). W tamtym czasie mama Olivii stale nam pomagała przekazując co miesiąc wielokrotność tej kwoty, co już było dla nas luksusem pozwalającym raz na jakiś czas najeść się i spożywać również ciepłe posiłki. Wiele razy ogromnie jej dziękowaliśmy za to mówiąc, że jej pomoc niezwykle dużo dla nas znaczy. Jednak chyba myślała, że w naszych słowach jest przesada, bo czasem jakoś nie zwracała na nie zbyt dużej uwagi.
Do takich przeżyć dochodziły jeszcze następne „atrakcje” w postaci niezapłaconych od kilku miesięcy rachunków za energię elektryczną oraz niemal całkowicie wyczerpanego gazu w zbiorniku. Już nie mieliśmy siły przejmować się możliwością odłączenia prądu, czego groźba stale nad nami wisiała, a co mogło nastąpić w każdej chwili. Co do gazu zaś, to wskaźnik zbiornika od wielu dni pokazywał zero, a jego wskazówka opierała się na ograniczniku - chyba gotowaliśmy na samych oparach. Czasem, gdy naszym jedynym posiłkiem był ten wymagający gotowania (makaron), to ciarki przechodziły mi po plecach na myśl o tym, że właśnie wtedy mógłby skończyć się gaz, więc znowu nie mielibyśmy co jeść.
W tym wszystkim chyba nie brak pożywienia był najgorszą rzeczą, która nas spotkała, ale nieodparte poczucie odrzucenia i zapomnienia przez wszystkich innych ludzi - krewnych, znajomych, sąsiadów - przez cały świat. Bo kiedy ten cały świat o nas zapomniał, to nikt w swym egoizmie nie chciał nam pomóc. Ludzie nie byli w stanie zainteresować się innymi albo bali się stanąć twarzą w twarz z biedą i niewielkimi potrzebami innych, nawet swoich krewnych, bo i z Polski nikt z nami się nie kontaktował. Z jednej strony doskonale wiemy, że właśnie tak miało być, ponieważ inaczej nie przerobilibyśmy swojej lekcji w tym życiu, nie przeszlibyśmy swojej próby i nie zdobylibyśmy tego całego doświadczenia, ale z drugiej strony my nie chcieliśmy żadnej jałmużny. Chcieliśmy mieć tylko tę jedną jedyną możliwość zarobienia na siebie! Chcieliśmy, aby komuś przyszło do głowy i dotarło do jego skamieniałego serca, że nie potrzebujemy nie wiadomo jak wielkich darów, ale tylko tego minimum niezbędnego do przeżycia. Bolało nas bardzo kiedy odmawiano nam umycia jakiegoś samochodu, co uczynilibyśmy z wielką ochotą mogąc trochę zarobić na jedzenie, na swoje tak skromne utrzymanie.

A ilu jest ludzi podobnych nam, takich, którzy stale proszą o pomoc wędrując wszystkimi ulicami różnych miast, oferując najróżniejsze rzeczy na sprzedaż albo chcących wykonać każdą uczciwą pracę. Sam zmieniłem swoje zdanie o takich osobach. Już nie patrzę na nie oczami kogoś, kto uważa się za lepszego od nich, bo ma pieniądze, bo nie potrzebuje niczego z tego wszystkiego, co tak „nachalnie” chcą sprzedać czy wykonać jakąś pracę, ale patrząc na każdą taką osobę widzę w niej drugiego człowieka, takiego samego jak ja, który często ma swoją rodzinę na utrzymaniu, który ciężko i uczciwie pracuje chodząc, tułając się całymi dniami, tygodniami, miesiącami i latami w niemiłosiernym i morderczym upale pod bezchmurnym niebem.

I często, choćby jakąś niewielką, ale jednak monetę ofiarujemy, żeby pomóc nawet bez kupowania tego co mają na sprzedaż. Czasem częstujemy kawałkiem chleba, który sami wypiekamy. A wtedy blask w ich oczach i radość na całej twarzy jest najpiękniejszym wyrazem ich wdzięczności za ten prosty i zwykły ludzki gest. Czy nigdy nie stać Cię na podobny? Z pewnością tak, tylko zadaj sobie trochę trudu, by zrozumieć tych ludzi oraz by inaczej na nich spojrzeć. Biedni nie mogą czekać, głodu nie można odłożyć na później. Bez przerwy doskwiera fizycznym bólem niczym bezlitosna i natrętna myśl, której w żaden sposób nie można się pozbyć.
Teraz wiem jak wielkim skarbem jest człowieczeństwo, czym jest zwykła troska, zrozumienie czyjegoś losu gdyż na zawsze, ale to na zawsze zapamiętam sobie przez co przeszliśmy i już zawsze będę w stanie podzielić się z moim bliźnim moją ostatnią kromką chleba i nigdy nie odmówię pomocy komuś będącemu w potrzebie, bo zbyt dobrze wiem co to znaczy jak ktoś jest w biedzie i w rozpaczy. A teraz w czasie chleba spożywania każdą jego kruszynę z szacunkiem do swych ust unoszę.
Nie oskarżam, nie krytykuję i nikogo za nic nie osądzam. Ogarnia mnie po prostu zwykły smutek, żal i bezsilność na myśl o tym, że pomimo tak wielu okazji, by gromadzić sobie ten najcenniejszy skarb w samym niebie poprzez swoje piękne uczynki, których tak dużo możemy dokonać wobec tak wielu potrzeb innego człowieka - to wszyscy oni woleli wydawać swe pieniądze, tracić swą energię na tak wiele innych niepotrzebnych rzeczy.

A to wszystko w tym samym czasie, gdy ktoś z ich sąsiadów, znajomych czy krewnych cierpiał niedostatek albo nawet umierał z głodu. Czy rzeczywiście tak ma być? Wszyscy oni - tak jak i my - mają przecież wolną wolę i mogą czynić co tylko im się podoba, bo taki właśnie jest ten świat. Jest pełen niesprawiedliwości, ogromnych różnic i skrajności. Jest przy tym pełen potrzeb, których dookoła wciąż nie brakuje. Są kraje wszystko mające i takie, co cierpią wszelkie braki, a właściwie nie kraje tylko ich mieszkańcy - inni ludzie, czyli nikt inny jak nasi bliźni.

Jednak co się tutaj dziwić, że nikt nie pomaga innym skoro własna rodzina ogarnięta strachem przed biednymi krewnymi nawet nimi się nie interesuje, nawet przez myśl im nie przemknie, żeby dowiedzieć się jak się czujemy, co się z nami dzieje. Czuliśmy się porzuceni przez wszystkich i zapomniani przez cały świat. W tym czasie nikt nie przychodził nas odwiedzić, nikt nie telefonował ani nie pisał listów, nawet „spam” się nie pojawiał…

Mieliśmy wrażenie, że jesteśmy pozostawieni samym sobie i skazani na pastwę losu. Cierpieliśmy wszelki niedostatek. A inni krewni tłumaczyli się, że ledwo im samym wystarcza na utrzymanie, chociaż oboje pracują i nie mają dzieci. Tak - im samym z trudnością wystarcza pieniędzy, gdyż musieli sobie kupić nowe meble, następny (czwarty) samochód, utrzymywać trzy domy oraz nabyć inne drogie rzeczy. I bardzo dobrze, ponieważ postępują według swojej wolnej woli i swymi czynami ukazują swoje „chrześcijańskie” serce, „otwarte” dla bliźnich, skamieniałe w swym egoizmie jak zimny głaz, samolubne do granic możliwości, a w tym przypadku i wobec swojej rodziny.

Nie narzekamy. Jesteśmy wręcz wdzięczni za to, że zupełnie o nas zapomniano, że nikt do nas nie zaglądał, bo dzięki temu przez bardzo długie tygodnie nasze ciała się oczyszczały, nasze dusze zyskiwały doświadczenie, a nasz duch się wzmacniał. Natomiast trudno było pogodzić się tylko z jedną myślą, że kiedy pragnęliśmy przynajmniej minimum zainteresowania naszymi skromnymi osobami, to wtedy nawet tego nikt nam nie okazał ani tego nie otrzymaliśmy. Oczywiście, cały czas bardzo dziękujemy swej rodzinie za okazaną pomoc, a przede wszystkim za możliwość mieszkania w ich domu, nie musząc płacić za jego wynajem.

Jedynie Świat Duchowy zachował nas w tym czasie tej najtrudniejszej próby. Całkowicie zaufaliśmy samemu Panu Bogu Ojcu Stworzycielowi. Wiedzieliśmy z całą pewnością, że nie będzie nam nałożony większy ciężar od tego, jaki jesteśmy w stanie unieść. Wiedzieliśmy, że Istoty Duchowe są z nami i bacznie się nas przyglądają. Wiedzieliśmy, że stale nas wspierają w tym czasie, tego decydującego doświadczenia. Mimo to nie uniknąłem pułapki. W swej rozpaczy żaliłem się i w swej rozpaczy nie mogłem powstrzymać się od zadawania tego dramatycznego i nieuzasadnionego pytania: Gdzie Wy wszyscy jesteście i co teraz robicie? Wiem z całą pewnością - nie wierzę, ale właśnie wiem, że przecież jesteście, tylko czemu dopuściliście do takiej naszej udręki?

Ogromnym wyzwaniem było w pełni poddać się woli samego Pana Boga, bo skoro tak zdecydował, to należało się z tym zgodzić i całkowicie się temu podporządkować. I bardzo dużo, naprawdę bardzo dużo wysiłku i drogo nas kosztowało, by w naszej wolnej woli nie podejmować żadnego działania i do końca wytrwać w tej decyzji. Jak dla mnie zaniechanie działania jest najtrudniejszym właśnie działaniem. Nic nie czynić oznaczało w tym przypadku czynić bardzo dużo. Oznaczało bowiem, że poprzez zaniechanie własnego działania oddaliśmy pełną inicjatywę samemu Panu Bogu, zdaliśmy się całkowicie na Jego działanie. I żeby Jego działanie nastąpiło, żeby Jego plan został wykonany, to mogło być to możliwe tylko wtedy, gdy nikt i nic w tym nie przeszkadzało. Ojcu Niebieskiemu należało oddać pełną swobodę działania i Jemu zaufać.

W przeciwnym razie nie byłoby przecież dla nas nic prostszego niż udać się do sąsiadów i poprosić o jakieś resztki jedzenia, które im zostały albo nie byłoby dla nas nic prostszego niż zatelefonować czy wysłać list elektroniczny do krewnych czy znajomych i spytać czy mogliby nam coś kupić do jedzenia, choćby tylko tyle, żeby starczyło nam na jeden dzień. Nie byłoby nic prostszego dla nas niż poprosić o pieniądze, trochę ich dostać, pożyczyć. To byłoby łatwe, nawet za łatwe, bo cały czas, kiedy byliśmy w stanie tylko leżeć całymi dniami, to trwaliśmy cierpliwie w oczekiwaniu na zakończenie tych bardzo długich dni.

Powtarzam się, wiem. Tylko, że wtedy ciągle nie wiedziałem dlaczego to my akurat musimy pokonywać takie ogromne trudności w swym życiu. Nie wiedziałem dlaczego akurat nas to spotyka. Ja nie chcę zbawiać żadnego świata. Świat już został przecież dawno zbawiony. Po co mi te wszystkie cierpienia i ból?! Za co nas i mnie to spotyka? Dlaczego nie możemy normalnie żyć jak wielu innych ludzi? Nie potrzebujemy żadnych luksusów. Wystarczą nam tylko skromne warunki do życia i trochę jedzenia każdego dnia. Ależ nie - w żadnym razie nie ośmielam się narzekać na swój los, który i tak był dla nas bardzo łaskawy, bo nigdy nic złego nie działo się z naszym zdrowiem. I dzięki temu ta próba nie była aż tak dramatyczna.

Tym większy mamy podziw dla Hioba. Tym większe mamy dla niego uznanie i wielki szacunek, że pomimo całego tego ogromu nieszczęść, które spadały na niego jedne po drugich: stracił swoją całą rodzinę, swój dom, wszystkie swoje majętności, a w dodatku dotknęły go straszne choroby, to jednak był w stanie to wszystko wytrzymać i nie wypowiedzieć ANI JEDNEGO SŁOWA PRZECIW PANU BOGU!!!

Teraz wstydzę się tego, że kiedy miałem pieniądze, a będąc w sklepie z pogardą myślałem o tych wszystkich innych osobach, którym nie starczało pieniędzy na swoje zakupy, które stojąc bezradnie przy kasie z zakłopotaniem szukały swych ostatnich groszy, by móc zapłacić za to co starały się kupić - za swoje tak skromne utrzymanie. A widząc to nawet im nie pomogłem choćby małą sumą pieniędzy, co dla mnie nie byłoby wtedy nawet najmniejszą trudnością. Stałem tak bezczynnie jak ostatni kołek i uważałem się za kogoś lepszego od nich, bo miałem pieniądze, bo mogłem sobie kupić wszystko. A kiedy dopadła mnie bieda i sam musiałem się mocno ograniczać z zakupami, to wtedy zawsze przypominał mi się mój osąd innych, który teraz i mnie samego dotyczy. Sprawiedliwości stało się zadość - sam na siebie wydałem wyrok i sam sobą wzgardziłem.

Ta lekcja pokory na dobre utkwiła mi w pamięci i już na zawsze ją sobie zapamiętam, by ponownie nie popełnić podobnej niegodziwości polegającej na nie szanowaniu innych ludzi, bo nigdy nie czułem się tak bardzo do nich podobny, a właściwie im równy i złączony z nimi wspólnym losem jak wtedy, gdy dopadła mnie bieda i gdy nie miałem żadnej możliwości, by przed nią uciec ani się wyrwać z jej bezlitosnych szponów stale i coraz bardziej zaciskających się na mojej szyi. Tak naprawdę to należała mi się ta lekcja pokory, żeby ujrzeć i zrozumieć cierpienia tak wielu innych osób, całej rzeszy ludzi, które tak jak ja wielokrotnie i aż do obłędu zadawały sobie wciąż to samo pytanie: Dlaczego muszę cierpieć biedę, dlaczego muszę cierpieć głód, dlaczego moje dzieci i moja żona, i ja sam nie mamy co jeść, a wokół tylu ludzi marnotrawi jedzenie i nawet nie potrafi go uszanować? Dlaczego ten świat jest taki niesprawiedliwy, w którym jest tak wielu innych ludzi, którzy mają wszystko, a ja nie mam nic? Dlaczego nikt się mną nie zainteresuje, żeby mi pomóc i zaproponować choć odrobinę jedzenia? Dlaczego rzeczy nienormalne są normą w tym życiu, a egoizm zamiast człowieczeństwa sercem okazywanego panuje niepodzielnie?…

Pomimo tak mocnego poczucia niesprawiedliwości, które jest tak powszechne na tym świecie, nie mogłem sobie przebaczyć tego, jak słabym okazałem się być w tamtym czasie najtrudniejszych prób. Jak bardzo zwątpiło me strachliwe serce, jak niesprawiedliwie postąpiłem odrzucając w myślach wszystkie przyznane mi świadectwa przez Świat Duchowy, które widziałem w swojej wizji. Mam tylko tę jedną nadzieję, że wybaczą mi tę ogromną niegodziwość. Wstyd mi za moje zachowanie i brak zrozumienia, że potrzebne było to, przez co dane nam było przejść. Teraz w pełni rozumiem sens i cel tego wszystkiego. Nie narzekamy na to co się stało, że straciliśmy cały dorobek naszego życia, dom, działkę, pracę, samochody, pieniądze. Tak miało być i to było potrzebne. To wszystko służy określonemu celowi, którego wtedy nie rozpoznałem. Kiedy cel jest święty, to środki również.

Teraz już wiem, co jest tym celem i dlaczego w ten, a nie w inny sposób przebiega nasze życie. I pomimo wszelkich trudności, które nadal nas dotykają, to teraz jest nam o wiele łatwiej stawić im czoła, gdyż wiemy dlaczego takie a nie inne jest nasze życie. Teraz to rozumiemy i w pełni z nim się zgadzamy. Świadomie poddajemy się jedynie słusznej woli naszego umiłowanego Ojca Stworzyciela.


Rozdział 3. Pieniądze i prawdziwa wartość

Gdzie skarb twój tam serce twoje, czyli to o czym stale myślimy powoduje, że za tymi myślami podąża nasza energia, nasze uczucia, a więc my same i my sami. I to my umieszczamy się tam, gdzie nasze myśli już są - albo w „bogactwach” materialnych, albo w tych prawdziwych w niebie, inaczej - na wysokościach, w wyższych wartościach duchowych. Opowiadamy się za nimi, więc utożsamiamy i nimi się stajemy.

W przeciwnym razie sprzedajemy się za pieniądze, zatracamy naszą wolność i niezależność. Dopuszczamy się czynów, których nigdy byśmy nie popełnili, gdyby nie konieczność utrzymania się przy życiu, nas samych i naszych najbliższych. Każda uczciwa praca i każdy człowiek, który ją wykonuje zasługuje na najwyższe uznanie właśnie za swą uczciwość i wytrwałość. Ludzka godność została wystawiona na sprzedaż i ludzka godność broni się jak może przed ostatecznym upadkiem. Tym razem czas jej sprzymierzeńcem i na całe szczęście ten czas jest coraz krótszy - czas tej wielkiej niesprawiedliwości i ludzkiego poniżania.

Gdybym był bogaty kupowałbym jedzenie głodującym. W sklepach przy kasach stałbym całymi dniami płacąc za zakupy tych, których nie stać na zbyt wiele. Gdybym był bogaty na stacjach paliw fundowałbym pełne zbiorniki tym, co do nich za kilka groszy sobie tylko paliwa nalewają.

Gdybym był bogaty opłacałbym chorym wizyty u prywatnych lekarzy specjalistów, by w kilkumiesięcznych kolejkach czekać nie musieli i więcej zdrowia, życia już nie tracili. Gdybym był bogaty, to kupowałbym im wszystkie potrzebne medykamenty, najpierw te naturalne i ziołowe, by chorzy szybko odzyskiwali swoje zdrowie.

Gdybym był bogaty adoptowałbym wszystkie dzieci rodziców pozbawione. Gdybym był bogaty budowałbym prawdziwe szpitale i szkoły, w których przede wszystkim z miłością i z dobrego serca zajmowano by się tymi wszystkimi duszyczkami kochanymi, które by się w nich znalazły i do nich po zdrowie i po miłość przychodzić by mogły.

Gdybym był bogaty to wszystkim potrzebującym dzieciom kupowałbym dobre książki i ładne zabawki, zdrowe jedzonko i nowe ubranko.

Gdybym był bogaty wszelkim niepełnosprawnym to wszystko co tylko im do normalnego życia jest potrzebne od razu bym nakupował, a fachową opiekę i wszelką potrzebną rehabilitację z radością bym fundował. Każdemu niepełnosprawnemu, który odpowiedniego sprzętu by wymagał bez zastanowienia taki bym dawał.

Gdybym był bogaty to żadne zwierzątko więcej już bezpańskie by nie było i wielce smutnym, a tęsknym wzrokiem za żadnym człowiekiem więcej by nie wodziło. Nigdy już głodu i chłodu żadnego już by nie doświadczyło, bo serce się kroi od patrzenia i wierzyć się nie chce, żeby tylu ludzi bez rozumu na tym świecie było jeszcze.

Gdybym był bogaty inwestowałbym, a dla środowiska naturalnego nie byłyby na szkodę. Dawałbym zatrudnienie wszystkim bezrobotnym, a schronienie wszystkim bezdomnym za darmo ofiarował. Gdybym był bogaty całe osiedla domków jednorodzinnych bym budował i wszelkim potrzebującym je sprezentował.

Gdybym był bogaty pustynie w oazy ciągle bym zmieniał, nowe studnie bym tam wiercił i ponury ich krajobraz w tętniącą życiem piękną ziemię natychmiast bym zmieniał. Niech jak największe swe plony i owoce wydaje, by jak najwięcej ludzi uszczęśliwiać i by mieli swoją godną pracę.

Gdybym był bogaty uczty obfitości wszelkiej - pokarmu i napoju zdrowego, wydawałbym choćby dnia każdego, a zapraszał na nie każdego, kto domu nie ma swego, głodny po ulicy chodzi, a przy duszy grosza nie ma żadnego.

Gdybym był bogaty tym co do pracy, do szkoły, do rodzin daleko mają, jakieś fajne autka bym sprezentował i zawsze na zakup paliwa bym się im dokładał. A w ogóle gdybym był bogaty, to bym sowicie wszystkich zatrudnionych w moich przedsiębiorstwach zawsze wynagradzał, udział w zyskach bez przerwy bym im wypłacał, by na godne życie środków im nie zbrakło. A kilka tylko godzin pracowali by dziennie, żeby jeszcze mieli dużo czasu dla swych rodzin, dla siebie, niechby go na wszystko im starczyło.

Gdybym był bogaty, zaciągnięte długi - wszelkie, nie tylko hipoteczne, spłacałbym za innych, by nowe życie mogli już zacząć, a nie trwali wiecznie pod tym niewolniczym pręgierzem finansowych uzależnień. Niech wolność i niezależność znów otrzymają i ponownie swe życie od nowa zaczynają.

Gdybym był bogaty wysyłałbym nie tylko na jakieś egzotyczne, ale i w naszym pięknym kraju na długie wakacje osoby, co nigdy na żadne tego rodzaju przyjemności sobie pozwolić nie mogły. O nic nie musiały by się martwić, a tylko radość czerpać ze wspólnego ze swoją rodziną przyjemnego i beztroskiego odpoczynku wakacyjnego.

Gdybym był bogaty pożyczałbym pieniądze wszystkim, którzy tylko by mnie o to prosili i nigdy bym o zwrot pożyczki się nie upominał.

A gdybym był bogaty i gdybym tylko mógł, to każdemu z tych osieroconych dzieciątek - aniołeczkowi prawdziwemu, kupiłbym wspaniałych rodziców, niczym samych świętych prosto z nieba, by nad tymi aniołeczkami najpiękniejszą opiekę roztoczyły i kochały je z całego serca, by wspaniałymi rodzicami dla nich zawsze byli. A dawać jak najwięcej miłości swym nowym dzieciom zawsze by potrafili.

Gdybym tylko był bogaty, to tyle miłości i dobroci chciałbym kupić, jak świat długi i szeroki, by dla każdego jego mieszkańca zawsze oraz każdego dnia tych pięknych uczuć wystarczająco było… Mrzonki jednak to niemałe przecież. Nie wszystko za pieniądze można kupić - doskonale wszyscy o tym wiemy. A może to i dobrze, że właśnie tak jest a nie inaczej, bo dzięki temu każdy człowiek może piękne odruchy swego serca ukazać w każdej dosłownie chwili tego wspaniałego życia oraz świat cały obdarować nimi, co bytowanie w nim umili.

Tymczasem pieniądze na ogół wprawiają w ruch mechanizmy tak ciemne jak ciemna jest sama mroczna energia, która stale dla swych celów je wykorzystuje. Pieniądze same w sobie nie są przecież złe, bo i dla pięknych dzieł są wielce wykorzystywane - na całe szczęście. Jednak niestety, poprzez tę negatywną energię w ruch wprawione zostały machiny wojenne - tak w przeszłości jak i oczywiście teraz, co niezmiennie ma miejsce. Doszło do tego, że nawet już nas nie dziwi, że wszystko jest tak zakłamane, bo każde niemal zachowanie musi się odbywać pod jakimś pozorem, gdyż nikogo już nie stać na szczere i uczciwe postępowanie. A zatem pod pozorem (szerzenia demokracji, równości wszelkiej maści, walki z terroryzmem, obrony niepodległości) dzieją się najdziwniejsze rzeczy, usprawiedliwiane samymi prymitywnymi wymówkami, tworzącymi ohydny pozór wszystkiego. A tak naprawdę chodzi o dominację, kontrolę, zaborczość, panowanie, niszczenie i ostateczną zagładę.

Pieniądze, jak najbardziej - mogą być bardzo dobrze wykorzystane i często są, ale niestety - najczęściej stają się tym narzędziem, które do czynienia zła jest używane. A dzieje się tak przy cichym przyzwoleniu, pomimo powszechnie i oficjalnie grzmiących głosach sprzeciwu na najróżniejszych forach wielu organizacji międzynarodowych. To tak jak próbować powstrzymać zło wypowiadając się jedynie w swoich komentarzach umieszczanych na forach internetowych. My sobie piszemy, a zło dalej robi swoje…

Pozornie robi się wszystko, żeby powstrzymać wojny, a tak naprawdę wcale się im nie przeciwdziała. Mało tego. Tak naprawdę celowo się je wznieca przez tych samych rządzących, co tak namiętnie przeciwko nim się wypowiadają oraz przez tajne organizacje za nimi się skrywającymi.

I niestety, ten obecny, „cywilizowany” świat ciągle nie potrafi obejść się bez pieniędzy - boga naszych czasów. Stały się one naszą fałszywą rzeczywistością, iluzją, której na ogół nie tak łatwo jest się pozbyć i z niej się wyrwać. Tyrania pieniądza stała się tak powszechną, że czasem wydaje się nam, że tak po prostu musi być i nie pozostaje nam nic innego jak tylko pokornie się jej podporządkować i z nią pogodzić, oddając jej pełnię władzy. A iluż to rzeczy byśmy nie robili, gdyby nie było tego materialnego terroru, jarzma niewoli, który istnieje właśnie dzięki przymusowi ekonomicznemu? W jak ogromnym stopniu odzyskalibyśmy naszą godność i człowieczeństwo gdyby nie te wszystkie zawstydzające występki z niego wynikające? Często tego nie dostrzegamy, a wydaje się nam, że jesteśmy tacy bardzo inteligentni, ponieważ opanowaliśmy wszystkie tajniki i reguły tej materialnej zabawy, jaką jest zarabianie pieniędzy i zdobywanie materialnych przedmiotów, w większości niepotrzebnych.

Potrafimy na przykład z wielką łatwością poruszać się w gąszczu rynkowych i korporacyjnych praw, strategii światowych gigantów oraz analiz finansowych, które z największą uwagą są śledzone w celu podjęcia tych jedynie trafnych inwestycji, nie zdając sobie nawet sprawy z tego w jakiej farsie bierzemy udział, szczególnie wyraźnie widocznej na przykładzie transakcji papierami wartościowymi różnych firm. Mianowicie z jednej strony mamy same fakty i mocne dowody makro czy mikroekonomiczne, wyniki finansowe określonych przedsiębiorstw, takie czy inne dane bardziej lub mniej tajne, zawierające zestawienia, analizy, wykresy, tabele, sprawozdania - a z drugiej strony wystarczy jakaś plotka, wybuch jakiejś irracjonalnej paniki nie wiadomo czym spowodowanej, a ceny akcji pikują jak szalone i niczym nie pohamowane. A cały ten „piękny i misternie utkany świat finansowy” rozpada się nagle w jednej chwili, pociągając bezlitośnie za sobą także i nas ku nieuchronnej porażce chybionego inwestowania, ku zagładzie i zniszczeniu.

Im bardziej wierzymy w świat materialny, w bezpieczeństwo wynikające z faktu posiadania pieniędzy tym bardziej oddalamy się od Prawdziwego Źródła Życia. Ufamy czemuś co - jak mówi Biblia - nie ma uszu, aby słuchać ani języka aby mówić - tak jak każdy bożek wymyślony przez człowieka. Ufamy czemuś co jest martwe i co nie ma żadnej mocy, nie włada żadną potęgą, aby nam naprawdę pomóc wtedy, gdy tej prawdziwej pomocy potrzebujemy. Nie mam tutaj na myśli tego, że za pieniądze możemy sobie teraz kupić niemal wszystkich i niemal wszystko. Mam na myśli to, że władza tego bożka jest ograniczona tylko do obszaru swego władania.

Wbrew pozorom on sam może sprawić bardzo mało w znaczeniu bóstwa. Co prawda zapewnia nam wygody w życiu i poczucie panowania, kontrolowania wielu sytuacji oraz ludzi, daje władzę - tak często jest i w takim przekonaniu stale się utwierdzamy. A zauroczeni jego fałszywymi darami jeszcze bardziej go ubóstwiamy i jeszcze bardziej jesteśmy mu poddani. Nie możemy się bez niego obejść. Staje się naszym istnieniem, wokół którego toczy się całe nasze życie. Im bardziej od niego jesteśmy uzależnieni, tym bardziej nasze więzi z nim zacieśniamy. Dochodzi również do tego, że nawet całym swoim sercem należymy do tego materialnego świata, świata rządzonego przez współczesnego boga, przez pieniądz.

A gdzie skarb twój tam serce twoje - stwierdza Biblia. Z pewnością to wiesz. Serce, czyli to, kim jesteśmy. Serce, czyli nasze życie, nasze istnienie. Tutaj moim zamiarem nie jest krytykowanie czy osądzanie kogokolwiek. Określiłbym to raczej próbą zastanowienia się oraz pewnym ujęciem tego całego zagadnienia dotyczącego pieniędzy. Bo czy nie jest tak, że jeśli komuś oddajemy swe serce, to dobrowolnie tej osobie się oddajemy i do niej należymy? W zasadzie chyba nie ma potrzeby więcej o tym pisać, bo już wiadomo jaki jest wniosek z tego płynący. Może tylko jedna rzecz - gdy świadomie lub nieświadomie oddajemy nasze serce, to już nie ma większego znaczenia, bo liczy się sam fakt naszej pełnej przynależności. I chociaż nie zawsze można ją w pełni zrozumieć, to jednak nie zmienia to samego faktu, że nikt inny jak tylko my same i my sami o tym decydujemy. A nasze postępowanie świadczy o tym w najlepszy i dobitny sposób.

Teraz chyba powinienem napisać jakiś płomienny i dramatyczny apel odwołujący się do zdrowego rozsądku każdego człowieka, żeby zdołał przejrzeć na oczy jaki fałszywy świat potrafił stworzyć pieniądz, ale sobie daruję. Pozostawmy to na później, a może nawet wcale nie będę do tego wracał. Po co miałbym komuś psuć dobre samopoczucie? Po co komuś tłumaczyć to, czego nie da się wytłumaczyć? Jak na przykład można ze ślepcem rozmawiać o kolorach, a z kimś kto tkwi po uszy w bagnie rozprawiać o uniesieniach duszy? Jak znajdując się wpośród ciemnej nocy opowiadać o złotym blasku słonecznego dnia?

Tak jak zauważyła moja Olivia: kiedy ktoś znajduje się wewnątrz danego układu, a chce zobaczyć jaki on jest naprawdę, to nie może tego dokonać będąc cały czas wewnątrz tego układu. Musi najpierw z niego wyjść, czyli znaleźć się całkowicie poza nim, a dopiero później patrząc z zupełnie innej perspektywy może go ujrzeć w jego właściwym kształcie, ujrzeć jego prawdziwą postać i naturę, takim jakim jest naprawdę. (Na przykład przestajemy oglądać telewizję kiedy wiemy, że ona kłamie.)

Tak samo jest ze światem pieniądza. Mógłbym przytoczyć tutaj ogromną liczbę argumentów świadczących przeciw niemu, ale czy to będzie wystarczające, żeby komuś otworzyć oczy, i żeby ktoś w przebłysku świadomości zawołał nagle: Jak to możliwe, że wcześniej nie zdawałam i nie zdawałem sobie z tego sprawy?!

Nie, nie poddaję się, ale jedyne co mogę zrobić, to podzielić się tymi kilkoma myślami, które Olivii i mnie uświadomiły parę rzeczy i pozwoliły nam na otwarcie oczu, ponieważ jeszcze nie tak dawno sami tkwiliśmy po same uszy w tym bagnie, w tym układzie, układzie materialnych i niewolniczych zależności wykonując inną (uczciwą) pracę w celu zdobywania dóbr materialnych i wszelkich „bogactw” tego świata.

Chociaż na dobrą sprawę nie było mowy o gromadzeniu jakichkolwiek oszczędności. Żyliśmy z miesiąca na miesiąc i od wypłaty do wypłaty - „na styk”. Po wielu wyrzeczeniach udało się nam kupić działkę i zbudować na niej dom, otrzymując na ten cel kredyt z banku. Już nie udało się nam go w całości wykończyć ani urządzić, niemniej jednak zdążyliśmy się nim nacieszyć zanim go sprzedaliśmy. A w czasie długich miesięcy upływających w rytm comiesięcznych wypłat, często z obawą zastanawialiśmy się jak dotrwamy do następnego przelewu z pracy, w piękny sposób uzupełniający stan naszego konta bankowego. Jednak nigdy w tamtym czasie, pomimo najróżniejszych zawirowań codziennego życia, nie zabrakło nam pieniędzy na pożywienie.

A kiedy po dziewięciu latach pracy zwolniono mnie z międzynarodowej firmy byłem bliski wyjazdu za granicę, aby w innym kraju szukać dla nas szansy łatwego utrzymania. Zostałem przyjęty do pracy przez przedstawicieli jednej z firm w Anglii, ale po namyśle z żoną zrezygnowałem z niej. Uznaliśmy, że nie jest to odpowiednia pora na taki krok. A przede wszystkim nie mogłem przecież zostawić Olivii samej z dwójką naszych małych dzieci i to w środku zimy. Miałaby na głowie prowadzenie całego domu, w którym byłbym tylko gościem, nie wiem nawet czy w najlepszym przypadku raz w miesiącu. Ani Olivia ani ja sam nie chciałem takiego życia przede wszystkim ze względu na nasze dzieci, które też mają swoje pełne prawo do posiadania obojga rodziców.

Po sprzedaży domu nasze położenie uległo całkowitej zmianie. Pomimo tego, że jeszcze w ostatniej chwili niepotrzebnie obniżyłem jego cenę, to w sumie byliśmy zadowoleni z całej transakcji. A dzięki niej spłaciliśmy przede wszystkim kredyt hipoteczny i oddaliśmy wszystkie inne długi. Odetchnęliśmy z ulgą pozbawieni tego niewątpliwie dużego obciążenia finansowego. Wtedy mieliśmy już podjętą decyzję o wyjeździe z Polski, więc nie pozostało nam nic innego jak tylko się do tego przygotować. Z całego domu zabraliśmy tylko to, co się udało zapakować do samochodu.

Opuszczając kraj nie mieliśmy żadnej pracy, która by na nas czekała, nie mieliśmy żadnych znajomych, którzy mogli by nam pomóc na miejscu. Jednak z nowymi nadziejami a przede wszystkim dzięki pomocy z Wysokości szybko zadomowiliśmy się na Teneryfie. Sprzyjający klimat również odegrał w tym swą pozytywną rolę. Oczywiście zanim udało mi się znaleźć pracę żyliśmy z naszych oszczędności, które już wtedy zostały bardzo nadwątlone. Z niepokojem też śledziliśmy niektóre bardzo alarmujące doniesienia ze światowego rynku finansowego. Szczególnie te o istniejącej ogromnej bańce inflacyjnej stanowiącej nawet dziewięćdziesiąt procent wszystkich pieniędzy będących w obrocie. Mało optymistyczna wiadomość. Oprócz tego już wtedy było dość głośno o możliwym upadku dolara, a także euro, co w perspektywie przeprowadzki do Meksyku stanowiło następną niewiadomą.

A kiedy już się tu znaleźliśmy, to zamiast od razu spróbować coś robić na własną rękę i „rozkręcić” jakieś własne przedsięwzięcie (mieliśmy i pieniądze, i czas, i kilka pomysłów) nie wiedząc dlaczego naiwnie szukaliśmy pracy etatowej, będąc całkowicie przekonani, że przecież wkrótce ją mieć będziemy. Tymczasem nasze oszczędności topniały coraz bardziej, a pracy wciąż nie mieliśmy. Żartowaliśmy, że oferty pracy dotyczą tylko osób w wieku do dwudziestu pięciu lat, z wyższym wykształceniem oraz z dziesięcioletnim doświadczeniem zawodowym, najlepiej zgodnym z charakterem oferowanej pracy. Oprócz tego biegła znajomość co najmniej dwóch języków obcych byłaby dodatkowym atutem przyszłego pracownika, w tym jednego jakiegoś dalekowschodniego, na przykład języka japońskiego.

Żarty, żartami, ale tego całego szukania pracy zaczynaliśmy mieć szczerze dosyć. W dodatku powiedziano nam, że zaledwie rok przed naszym przyjazdem cała ta sytuacja z zatrudnieniem wyglądała zupełnie inaczej. To pracownicy przebierali w różnych ofertach pracy. Nawet gdy komuś nagle coś się nie spodobało w danej fabryce, w jakiej był zatrudniony, to nic nie ryzykując zwalniał się z niej i natychmiast znajdował sobie nową posadę. Na północy Meksyku, na samej granicy ze Stanami Zjednoczonymi prawie wszystkie firmy (głównie) zagraniczne, cierpiały na stały brak pracowników, więc chętnie zatrudniały zgłaszających się kandydatów. Jednak - tak jak wspomniałem - mniej więcej na rok przed naszym przyjazdem to uległo całkowitej zmianie.

W tamtym czasie wskutek jakiegoś następnego kryzysu finansowego, tym razem wywołanego złymi kredytami, zostało pogrążonych wielu ludzi mieszkających u północnego sąsiada Meksyku, co miało duży wpływ również na samych Meksykanów, ponieważ masowo tracili i pracę, i swoje na nią pozwolenie wskutek zaostrzonych dodatkowo przepisów emigracyjnych. Wracali więc tłumnie do siebie, a nas zastanawiało to wszystko, czego byliśmy świadkami. Nie mogliśmy przy tym się nadziwić, jak banki podejrzanie łatwo przyznawały kredyty hipoteczne, udzielając ich nie tylko bezrobotnym, ale nawet i bezdomnym! A potem nagle „wielkie zaskoczenie” na rynku finansowym z racji bardzo trudnego położenia wielu banków, które nie odnotowały przychodów, ale poniosły wielkie straty…

W następstwie załamania rynku, (a także z powodu dużego bezrobocia) wyrzucano ludzi z domów, bo przecież nie spłacali kredytów. Następnie nieruchomości te były sprzedawane (oczywiście przez banki) za przysłowiowego dolara. Przez chwilę pomyślałem, że tracimy niezłą okazję, żeby sobie okazyjnie kupić jakiś fajny domek, ale szybko wróciłem na ziemię, bo w ten sposób stałbym się współwinnym nieszczęścia wielu ludzi, wspomagając system, który w ten sposób pozbawił ich wszystkiego co mieli. Mieliśmy też jakieś wewnętrzne przekonanie o tym, że mało prawdopodobnym było to, żeby banki nie wiedziały co robią i do jakich klientów kierują swoją ofertę, jakie ryzyko podejmują. Czy zatem było to ich celową strategią obliczoną na załamanie tego sektora rynku finansowego?

Czyżby właśnie dlatego „Wujek Sam” tak nachalnie zachęcał do brania tych kredytów nie tylko na ten cel, ale dosłownie na wszystko, na co tylko komuś przyszła do głowy chęć, żeby coś kupić? Czy nie dlatego rozbudowany do przesady system kart kredytowych bez przerwy kusi wydawaniem pieniędzy?

Jak w wielu przypadkach tak i w tym Olivia roztropnie zauważyła, że lepiej najpierw zgromadzić odpowiednią kwotę pieniędzy, a potem dopiero dokonać zakupu czegoś potrzebnego niż odwrotnie i tracić jeszcze pieniądze na spłaty odsetek z tytułu zaciągniętego kredytu.

Bardzo dobrze wiedziałem co miała na myśli. Kiedyś w Polsce uległem takiej pokusie posiadania karty kredytowej. Wyrzuciłem ją po bardzo krótkim czasie korzystania z niej. Mając wysoki na niej limit środków często nie zastanawiałem się w czasie zakupów ile mogę wydać i trochę z tymi wydatkami przesadzałem. A kiedy przyszedł ten piękny dzień wypłaty, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Sprawdzając stan konta z przerażeniem dostrzegłem o połowę niższe wynagrodzenie niż zazwyczaj. Po prostu część pieniędzy potrącił sobie bank w ramach spłaty zaciągniętego na karcie kredytu. Nie było w tym nic podstępnego. Przecież bank postępował zgodnie z umową, którą dobrowolnie podpisałem. Jednak byłem na siebie bardzo zły, że dałem się wciągnąć w tę perfidną pułapkę.

No to nieźle kombinują. Wpędzają ludzi w długi, po to, żeby zaciągali następne pożyczki… Mając połowę wypłaty udało się nam jakoś przeżyć do następnej, ale dzięki temu przykremu doświadczeniu już na zawsze wyleczyłem się z używania kart kredytowych. Mieliśmy też w rodzinie przypadek sfałszowania podpisu przez jakiegoś pracownika banku, wskutek czego żona jednego z braci Olivii została obdarowana kartą kredytową.

No tak, w tym świecie finansów widocznie wszystkie chwyty dozwolone, byle tylko przyniosły jak najwięcej korzyści samym bankom. A bank jak każde kasyno - zawsze wygrywa. Tylko zanim to się stanie, to niestety nas wszystkich wciąga się w tę nieuczciwą grę, w której stajemy się sobie wrogami. Jedni dla pieniędzy otrzymywanych w ramach wynagrodzenia od swego pracodawcy, drudzy zaś z tego powodu, by tych swoich pieniędzy nie stracić, a jeśli już, to zawsze jak najmniej.

I wtedy zrozumieliśmy, nagle stało się to dla nas jasne jak w biały dzień, na czym to wszystko tak naprawdę polega. Pozornie daje się zarabiać ludziom pieniądze, aby następnie zrobić wszystko, żeby je stracili. Robi się dosłownie wszystko, żeby pozbawić nas tych zasobów czy też tego rodzaju energii, której wszyscy w większym lub mniejszym stopniu stale potrzebujemy wciąż egzystując w tej prymitywnej cywilizacji, w tym ograniczonym wymiarze. Niby mamy pieniądze, nasze ciężko zarobione pieniądze, a potem stale oraz skutecznie się nas ich pozbawia. W dodatku sami bardzo to ułatwiamy, ponieważ dajemy się tak łatwo skusić tymi samymi i aż do znudzenia, bo bez końca powtarzającymi się reklamami najróżniejszych rzeczy, które wciągają nas w wir wydawania pieniędzy, którego niczym nie można powstrzymać.

Przecież to rzecz „oczywista”, że telefon komórkowy trzeba wymienić na nowy tak szybko, jak tylko taki pojawi się na rynku. Do tego obowiązkowo jakiś tablet, a bez jeszcze większego i bardziej płaskiego telewizora w ogóle nie liczymy się w gronie naszych przyjaciół, więc nie ma na co czekać - po prostu muszę go mieć. A kiedy jest dostępny następny śliczny model samochodu, który choćby różnił się tylko lampeczkami, to od razu zdobywa sobie wielkie uznanie oraz całą rzeszę zahipnotyzowanych nabywców.

W strategii pozbywania nas pieniędzy bardzo istotną rolę odgrywa samo zdrowie, a właściwie jego brak. Chyba nawet cała uwaga skupiona jest właśnie na tym, abyśmy tego zdrowia mieli jak najmniej. Im mniej zdrowia - tym więcej, ale naszych wydatków by je ratować. I nie tylko zdrowie, ale nawet i samo życie. Ile to kosztuje to każdy człowiek na Ziemi wie najlepiej, który choć raz odwiedził w swoim życiu lekarza, po wizycie u którego staje się w dodatku bardziej chory niż przed jej złożeniem. A potem to już czeka cała mafia przemysłu farmakologicznego, by taką ofiarę dopaść w swoje brudne łapy i już jej tak łatwo nie wypuścić, karmiąc ją najdziwniejszymi specyfikami, które bezczelnie ośmielają się nazywać lekarstwami. Większość z tych „lekarstw” jest nad wyraz szkodliwa. Pomimo, że na określone dolegliwości niektóre nawet pomagają, to niestety czynią też ogromne spustoszenia w ludzkim organizmie swymi licznymi efektami ubocznymi.

A śmierć jak podatki dopadną każdego… Nie inaczej dzieje się w wielu innych krajach na całym świecie. Wskutek bezczelnego i przesadnego opodatkowania wszystkich i wszystkiego, całe narody żyją na skraju biedy, nie mówiąc już o tym, że pośrednio cała ta mafia bankowców wspólnie z politykami doprowadziła do skrajnej nędzy ogromną część populacji naszych bliźnich. Okazuje się, że cały proceder pobierania podatków służy jedynie pozbawiania ludzi pieniędzy, a całe gospodarki i kraje pogrąża się w coraz większym długu. Jest to całkiem złożone zagadnienie, ale wystarczy porównać ile na przykład pieniędzy wpływa do kasy państwa z tytułu składek ubezpieczeniowych, a ile jest wypłacanych wszystkim uprawnionym do ich otrzymania właśnie z tytułu niniejszego ubezpieczenia. Nie jest odkrywczym stwierdzenie, że ludziom nie wypłaca się właściwie nic, a miesięczne kwoty takich składek są liczone w miliardach złotych.

Następnie mamy pomoc finansową Unii Europejskiej przeznaczoną dla jej krajów członkowskich. Tylko jakoś nikt nie chce oficjalnie przyznać, że aby tę „pomoc” otrzymać, to takie kraje muszą najpierw wpłacić pokaźne składki do unijnej kasy, więc de facto pomoc otrzymują z własnych pieniędzy. A kiedy jeszcze - o zgrozo - dochodzi do udzielenia kredytu przez bank europejski, to jest on bardzo drogi. A zatem każdy kraj członkowski traci na tym podwójnie. Jednak na tym nie koniec, bo kiedy komisarze europejscy stwierdzą, że dany kraj nie spełnia jakichś wymyślonych przez nich niedorzecznych warunków, wtedy taka pożyczka, przepraszam - „pomoc” przepada i nie jest już udzielona. „Czysta” kradzież w świetle „prawa”. Prawo warte tych, którzy je wymyślili oraz wprowadzili w życie.

A co w takim razie z tymi państwami, które nie należą do Unii Europejskiej? Cóż, niestety zawsze znajdą się jakieś inne organizacje stowarzyszające pozostałe kraje, które funkcjonują na podobnej zasadzie. Zresztą każdy kraj odprowadza swoje podatki, przecież każdy posiada swój bank centralny. A kiedy jakiś kraj znajdzie się już w tak trudnej sytuacji, że samo nie może sprostać swojemu kryzysowi, to z pomocą ochoczo przychodzą międzynarodowe organizacje finansowe pogrążając do końca swojego „klienta” dobijając go takim kredytem, którego już nie może spłacić. Podobnie przybywa i ludzi, którzy stają się życiowymi bankrutami i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, ponieważ stają się niewypłacalni.

A cały ten „świetnie zorganizowany” świat rządzony bożkiem-pieniądzem kręci się dalej na zwariowanej karuzeli finansowej, zachęcając wszystkich kogo się tylko da, żeby do niej wsiedli, nie przestając ani na chwilę w swym obłędzie hipnotyzować „dobrami” materialnymi oraz uzależnianiem od wszelkiego rodzaju pożyczek, przesyłając nam w telewizyjnych obrzędach reklamowych i nie tylko, lawinę podprogowych treści, programując nas na swych wiernych wyznawców potulnie spełniających każdy ich rozkaz i składających w nierozumnej ofierze swą drogocenną energię na ołtarzach ułudy tego fizycznego życia…

A wobec tego i los nas wszystkich jest z góry przesądzony. Do jakiej rzeczywistości należymy, to taki będzie nasz koniec gdy i ona sama swój kres osiągnie. Naszą rzeczywistością może być ten fałszywy świat materialny albo Świat Wyższych Wartości, wartości niematerialnych, czyli nigdy się nie kończący. „Gdzie skarb Twój, tam serce Twoje”. Serce - czy wobec tego wolimy nasze życie składać w ofierze na ołtarzu wartości doczesnych, nie mających zapewnionej przyszłości? Czy nasza przyszłość jest tylko ta doczesna i nie ma już żadnej innej, nawet w innym wymiarze naszego dalszego istnienia? Czymże są wszystkie majętności tego świata wobec naszego prawdziwego istnienia? - duchowego i wiecznego życia, duchowego a nie materialnego. Czy naprawdę z pełną świadomością chcemy złożyć na wadze naszego losu pieniądze, aby ten los zechcieć ocalić? Czy naprawdę są one tym, co przechyli szalę życia na naszą stronę? Czy nasza świadomość nie jest w stanie dostrzec czegoś więcej, niż tylko jakieś materialne zabezpieczenie naszej egzystencji?

Cóż, w jakimś czasie tego życia sami tak właśnie myśleliśmy. Zdawało się nam, że przecież od pieniędzy w pełni zależy nasza przyszłość. Oczywiście ta w życiu materialnym, ponieważ cały czas uważaliśmy się za nieprzeciętnych wierzących, a sprawy religii nie traktowaliśmy marginalnie, więc w sensie duchowym dobrze wiedzieliśmy jaki jest nasz cel i na czym to wszystko polega.

Aż w końcu doszło do konfrontacji tych dwóch, wydawałoby się całkiem oddzielnych rzeczywistości - materialnej i duchowej - wzajemnie się przenikających. I każda na swój sposób zaczęła jednocześnie wywierać na nas swój wpływ. Aż w końcu pojawił się dylemat, której rzeczywistości teraz ulegniemy, która dojdzie do głosu? Pojawiła się wątpliwość czy będziemy w stanie nadal dochować wierności wyższym wartościom czy też poddamy się prawu materialnego przetrwania za wszelką cenę i już tylko jemu będziemy hołdować.

Kiedy skończyły się nam wszystkie oszczędności i nie mieliśmy już pieniędzy, utrzymywaliśmy się jedynie dzięki różnym dorywczym zajęciom. Wtedy wydawało mi się, że tym większą wagę będziemy przywiązywać do pieniędzy, że tym bardziej będzie nam na nich zależało. Skoro pozwalają nam przeżyć, to nawet tę niewielką ich ilość zaczniemy cenić ponad wszystko, a chęć ich zdobycia za wszelką cenę będzie dominującym dążeniem bez względu na wszystkie inne rzeczy.

Na nasze szczęście tak się jednak nie stało. Postanowiliśmy - co naprawdę nie było łatwe - całkowicie się zdać na Opatrzność Bożą i zaczekać, co się teraz wydarzy. Nie wiedziałem tylko, że będzie to początkiem bardzo, bardzo długiej i niezwykle trudnej drogi duchowej, której pokonanie zajmie nam ładnych kilka lat, podczas której dane nam będzie przerobić taką lekcję, jakiej w tym życiu jeszcze nie mieliśmy… (I mam nadzieję, że długo mieć nie będziemy).

I stało się. Skończyły się nam wszystkie pieniądze. I niemal natychmiast zaproponowano mi pierwszą pracę bez najmniejszej inicjatywy ani poszukiwania z naszej strony. Pojawiła się ona w samą porę, ponieważ nasze położenie nie było wesołe, a było nawet alarmujące. Była to praca w charakterze stolarza. Najpierw było to dziecięce łóżeczko. Z mojej pracy sąsiad był całkiem zadowolony i wkrótce zaproponował mi wykonanie mebli kuchennych.

Z góry go ostrzegłem, że mimo mojego skromnego doświadczenia stolarskiego, polegającego na zrobieniu kilku prostych mebli, to nie czuję się na siłach, by podołać temu wyzwaniu. I chociaż takim stwierdzeniem mogłem łatwo przekreślić jedyną wtedy okazję do zarobienia pieniędzy na nasze utrzymanie, to w moim poczuciu uczciwości nie mogłem mu o tym nie powiedzieć.

Wcale się tym nie przejął, a jego krótkie stwierdzenie: „poradzisz sobie” było dla mnie wystarczającą zachętą oraz zapewnieniem, że nie mam się czym martwić. Cóż, skoro sam tak powiedział… No dobrze, nie pozostało mi nic innego jak tylko się zgodzić. Sąsiad w pełni nam zaufał dając na zakup materiału odpowiednią kwotę pieniędzy, z której część mogliśmy od razu przeznaczyć na jedzenie w ramach wynagrodzenia za robociznę. Trochę się przestraszyłem czy nie przesadziłem z naszymi zakupami i czy wystarczy pieniędzy, by kupić materiał. Jednak okazało się, że pieniędzy starczyło na wszystko, czego potrzebowałem do wykonania pierwszego etapu pracy.

W przeciwnym razie byłoby to trochę nieodpowiedzialne z mojej strony, gdybym na samym początku od razu go poprosił o więcej pieniędzy zaraz po tym, kiedy mi je dał, a w dodatku kiedy nawet nie wziąłem się do pracy. W miarę postępu wykonywania pierwszych mebli, gdy ponownie otrzymałem od niego pieniądze na zakup następnych materiałów, to już bardziej uważałem przy ich rozporządzaniu i wydawaniu. Z sąsiadem rozliczałem się co do grosza z zakupów na jego zestaw kuchenny, a w ramach wynagrodzenia za robociznę na każdym etapie prac kupowałem dla nas pożywienie.

Praca mozolnie posuwała się naprzód. W końcu był to pierwszy zestaw kuchenny, który wykonywałem w tym życiu. A starałem się z całych moich sił, aby zrobić go jak najlepiej. Popełniałem czasem błędy, ale zawsze je poprawiałem, bo kiedy starałem się zrobić więcej pracując do późnej nocy, okazywało się, że nie było to wykonane tak jak być powinno, więc następnego dnia rano, zamiast pracować dalej, musiałem najpierw rozmontować źle poskładane części i wszystko poprawiać. Rzeczywiście, pośpiech to strata czasu. Ciągle starałem się o tym pamiętać.

Pamiętałem też o tym, by wszystko wykonać jak najdokładniej, w jak najwyższej jakości oraz z należyta starannością, zupełnie tak, jakbym to robił dla siebie. Starałem się, żeby półki były mocne, nie wyginały się pod ciężarem kładzionych na nich rzeczy, a cała konstrukcja była wytrzymała i trwała. Olivia cały czas mnie chwaliła za tę jakość wykonania, gdyż nie żałowałem kleju, wkrętów i odpowiedniej grubości materiału. A gdy coś popsułem to podnosiła mnie na duchu. Często miałem też po prostu szczerze dosyć tych mebli, bo bardzo się z nimi męczyłem i nie udawało mi się ich wykonać tak dobrze jak chciałem.

- Do końca życia będę pamiętał te meble - kilkakrotnie zdarzyło mi się to powtarzać i nawet nie zwracałem uwagi na to, że ich właściciel razem ze swoją żoną słucha tego, co akurat powiedziałem. Przynajmniej niech wiedzą ile wysiłku i trudu mnie to kosztuje.

- Inne meble w sklepach są wykonane tylko z cienkiej sklejki, półki się wyginają, prawie nie używają kleju, a zamiast wkrętów używa się zszywek stolarskich, które nie są tak trwałe i szybko rdzewieją - skrupulatnie wymieniała Olivia. W sumie miała rację. Ogromnie mi pomagała swoim wspieraniem mnie, tym, że jest ze mnie dumna, a także tym jak bardzo chwaliła moją pracę. Dzięki temu było mi dużo lżej na duszy. Sąsiad, ku mojemu zadowoleniu, również podzielał jej zdanie.

Starałem się również, aby wszystkie wymiary były dokładne i zgadzały się co do milimetra. Dużo czasu poświęciłem na obliczenie i wielokrotne sprawdzenie całkowitej długości wszystkich stojących szafek, by po zamontowaniu na nich blatu nie okazało się, że jest jakaś niedokładność między nim a szafkami. Często coś mierzyłem po kilka razy, żeby mieć całkowitą pewność przed ucięciem jakiegoś kawałka drewna czy sklejki, aby nie marnować żadnego materiału. Gdybym był na miejscu mojego sąsiada też bym się nie cieszył, gdyby jakiś stolarz marnował materiał, za który sam płacę.

W miarę upływu czasu postęp prac był coraz większy mimo ich wolnego tempa. Dzieci dzielnie pomagały, podając mi potrzebne narzędzia, przytrzymując łączone części oraz próbując własnych sił przykręcając wkręty. Co jakiś czas sąsiad dawał mi więcej pieniędzy na zakup następnej porcji materiału. Cały czas uczciwie rozliczałem się z nim na podstawie paragonów ze sklepu.

W sumie na tej pracy mogliśmy zarobić więcej pieniędzy, ale wystąpiła pewna trudność. Na samym początku, jeszcze przed przyjęciem jego propozycji wykonania tych mebli, uprzedzałem sąsiada, że nie mam odpowiednich narzędzi do przecięcia blatu kuchennego pod kątem 45-ciu°, co wynikało z zaplanowanego ustawienia szafek w rogu kuchni.

- Mogę przeciąć własną piłą tarczową, ale to będzie dalekie od doskonałości - z góry zastrzegłem.

Mój pracodawca zapewniał mnie, że na pewno sobie z tym poradzę i wszystko będzie dobrze. Jakoś nie podzielałem jego optymizmu. A kiedy doszło do tego przecinania sam mógł się przekonać, że łatwo powiedzieć, a trudniej samemu coś zrobić. Męczyłem się z tym cięciem co najmniej dwie godziny. Cała trudność polegała na tym, że średnica tarczy piły była mniejsza od wysokości cokołu blatu, więc jego przecięcie za jednym przejściem piły nie było możliwe. Oprócz tego należało dodatkowo mocować prowadnicę dla piły, żeby przecięcie było równe, co było bardzo czasochłonne.

I dobrze się stało, że sąsiad akurat wtedy przyjechał zobaczyć jak to się „łatwo” będzie robić. Pomagał mi też przy tym przecinaniu mocując prowadnicę dla piły, ale pomimo moich największych starań nie udało mi się uzyskać zbyt dużej dokładności cięcia. Po przysunięciu do siebie dwóch blatów ich końcami przeciętymi pod kątem 45°, w miejscu ich łączenia zamiast ładnej i prostej linii pojawiły się duże niedokładności. Utworzona linia była bardzo krzywa, a powierzchnie nie stykały się ze sobą zbyt dokładnie ukazując wyraźne szczeliny. W dodatku jeden skośny bok był nieco dłuższy od drugiego.

Na ten widok ogarnęła mnie czarna rozpacz i było mi ogromnie wstyd za tak niską jakość mojej pracy. Jak do tej pory wszystkie szafki kuchenne udało się zrobić nawet całkiem dobrze i sam byłem z nich zadowolony. Olivia też bardzo mnie za to chwaliła, ale ten blat to był po prostu koszmar, jedna wielka porażka, która psuła cały efekt kuchni.

Właściciel mebli nie dawał niczego po sobie poznać. Nadrabiał miną jak tylko mógł i pocieszał mnie, że zrobiłem wszystko co tylko mogłem, żeby było dobrze. Odniosłem wrażenie, że tylko tak mówi, bo tak naprawdę to chyba płakać mu się chciało jak na to patrzył. A ja ze swojej strony wiedziałem, że nie mogę tego tak zostawić. Na dobrą sprawę mogłem umyć od tego ręce. Przecież uprzedziłem go wyraźnie o tym ryzyku, na które on sam się zgodził. Skoro tak, to mogłem zmontować ten blat w takim stanie w jakim był, nie martwić się wcale jak beznadziejnie wygląda, odebrać brakującą część zapłaty i po sprawie - nic tu po mnie…

Jednak wewnątrz mnie coś nie dawało mi spokoju. Jakoś nie mogłem się ze sobą pogodzić, odzyskać wewnętrznego spokoju i po prostu o tym zapomnieć. Toczyłem wewnętrzną walkę: albo dam sobie z tym spokój i zostawię to tak jak jest, albo z własnych pieniędzy, których mamy przecież tak niewiele kupię nowy blat i zrobię to tak jak trzeba.

- Kupię nowy blat kuchenny w hurtowni, w której bezpłatnie go przecinają pod tym kątem - zdecydowanie oznajmiłem nagle sąsiadowi.

Skwapliwie i bardzo szybko zgodził się na tę propozycję ożywiony myślą, że wykończenie mebli ma szansę być dużo lepsze, a więc takie jak trzeba.

- Zapłacę ci za ten nowy blat - zapewnił mnie solennie.

Nic nie powiedziałem i jakoś nie przywiązałem do tego większej uwagi. Później i tak się okaże co z tego wyniknie. Teraz zależało mi tylko na jak najlepszym zwieńczeniu tego „mojego dzieła”. Kiedy wracałem do domu naszły mnie wątpliwości - po jaką ja „kurteczkę” mu to obiecałem? Przecież sam doskonale wiedział, że ta część pracy może się nie udać. Zgodził się z tym ryzykiem i całe wziął na siebie, więc po co się jeszcze wychylałem? Potrzebujemy przecież pieniędzy, a wcale nie mamy ich tak dużo. Może nam ich wystarczy na około dwa tygodnie. I co dalej? A tu w dodatku jeszcze mnie czeka całkiem spory wydatek, który o połowę obniży nasze pozostałe wynagrodzenie. A w ogóle to kiedy sąsiad odda mi te pieniądze i czy w ogóle je odda? To prawda, że mi to obiecał, ale zawsze łatwo coś obiecać, a trudniej tego potem dotrzymać.

Następnego dnia z ciężkim sercem pojechałem do hurtowni po nowy blat. Przezornie wziąłem ten przycięty przeze mnie. Na miejscu trudno było nie zauważyć dużego napisu informującego klientów, że nie wykonuje się usługi przecinania blatów pod kątem 45° kupionych poza tą hurtownią. A skoro kupiłem u nich nowy, to postanowiłem poprosić o pomoc z tym przywiezionym przeze mnie. Nie odmówili mi jej - w końcu zyskali nowego klienta.

Montaż nowego blatu był już dużo przyjemniejszy. Przecięte części pasowały do siebie bardzo dobrze i po ich zmontowaniu całość wyglądała całkiem przyzwoicie.

Mój pracodawca niepomny swoich wcześniejszych zapewnień w ogóle nie wspomniał o zwrocie pieniędzy. Mnie samemu było niezręcznie o tym przypominać ani to wypominać. Zdecydowałem się zostawić tę sprawę tak jak jest i więcej do niej nie wracać. Natomiast sąsiad będąc wyraźnie w lepszym nastroju, niż w czasie batalii z blatem obiecywał, że poleci mnie swoim krewnym, którzy też się urządzają w nowym domu i prawdopodobnie będą potrzebować wyposażyć swoją kuchnię właśnie w podobne meble.

Cóż, pożyjemy - zobaczymy. Później okazało się, że rzeczywiście mnie polecił swoim krewnym, jednak nie skorzystali z moich usług, a blat kuchenny do dnia dzisiejszego jest przez nas przechowywany i cierpliwie czeka na to, żeby w końcu ktoś go wykorzystał.

Razem z Olivią oferowaliśmy go wielokrotnie różnym krewnym i znajomym z nadzieją odsprzedania go nawet po znacznie obniżonej cenie, żeby tylko odzyskać choć trochę pieniędzy, co już byłoby dla nas pokaźnym majątkiem, bo dzięki nim moglibyśmy przeżyć kilka długich dni. Niestety, nikt nie okazał nim swego zainteresowania, więc nie pozostało nam nic innego jak tylko pogodzić się z takim wyrokiem losu. Cały czas mamy tylko nadzieję, że jeszcze przyjdzie taki dzień, w którym uda się nam go spieniężyć, a będzie to jak najbardziej odpowiednia do tego chwila oraz w takich okolicznościach, w których najbardziej będziemy tego potrzebować.

Później, na przestrzeni wielu miesięcy wielokrotnie wracałem w myślach do tej historii z blatem bardzo żałując, że z jego sprzedaży nic nie wyszło, zwłaszcza wtedy, gdy tyle razy brakowało nam pieniędzy na zakup czegoś do jedzenia.

Jednak w tych codziennych udrękach pojawiały się chwile pocieszenia, dzięki którym powracała chęć do życia i wiara w lepsze jutro. Jedną z nich była taka, kiedy inni sąsiedzi, Vanessa i Roberto, poprosili nas o wykonanie szafy wnękowej. Ich również uprzedziłem o tym, że będzie to moja pierwsza taka skomplikowana szafa, którą przyjdzie mi zrobić.

Nie przejęli się tym wcale, a sąsiad od razu powiedział coś takiego, co bardzo mnie podbudowało: „Ty nie robisz tak jak inni, którzy mówią, że zastosują określone materiały, a potem oszukują i wcale tego nie robią. Ja wiem, że ty tak nie postępujesz”.

Było mi bardzo miło to usłyszeć i zapewniłem go tylko, że postaramy się zrobić tę szafę najlepiej jak tylko potrafimy. Długo to trwało zanim została ukończona, bo nigdy nie potrafiłem robić czegoś dobrze i szybko. Kiedy robi się coś dobrze, to wymaga to swego czasu.

Sąsiedzi byli zadowoleni z końcowego wyniku naszej pracy. I przy niej moja żona wraz z dziećmi dzielnie mi pomagali. A pomimo tego, że szafa ma swoje jakieś niewielkie, może trzy niedociągnięcia, których zawodowy stolarz byłby w stanie uniknąć, to jednak dla mnie oprócz jakości i solidności wykonania powierzonej mi pracy liczy się jeszcze i to, że przede wszystkim nie zawiedliśmy zaufania, którym nas obdarzono. Mianowicie, wyjeżdżając na wakacje sąsiedzi zostawili nam klucze do swojego domu, by umożliwić nam dokończenie pracy. Oczywiście nie było żadnej mowy o tym, żebyśmy mieli im coś ukraść, ale bardzo mnie korciło, żeby trochę opustoszyć ich lodówkę. Za naszą pracę płacili nam po trochu - tak jak to uzgodniliśmy - i stale bardzo skromnie się odżywialiśmy, więc na widok lodówki wypełnionej różnymi wspaniałościami naprawdę stoczyłem ciężką wewnętrzną walkę, żeby się przed tym powstrzymać i znacznie nie uszczuplić im tych zapasów. A kiedy wrócili z wakacji z czystym sumieniem oddałem im klucze do ich domu i spokojnie mogłem spojrzeć im w oczy.

Żeby nie zawieść czyjegoś zaufania niezwykle ważne jest dla mnie dotrzymanie danego przeze mnie słowa, które w moim odczuciu jest więcej warte niż jakieś tam „papierki” zwane banknotami nawet gdyby ich było bardzo dużo. Moje słowo jest więcej warte niż tony złota.

Kiedy pewnego razu obiecałem w sklepie, że oddam jedno peso (około dwudziestu pięciu groszy), bo mi zabrakło by zapłacić za zakupy, to chociaż musiałem się do niego specjalnie udać w paraliżującym upale, to dotrzymałem mojej obietnicy. I nie chodziło tu tylko o zwrot jakiegoś niewielkiego długu, ale dla mnie było to coś o wiele ważniejszego - dotrzymanie mojego słowa, potwierdzenie wartości mojej osoby i okazanie zwykłej ludzkiej uczciwości.

Słowo to życie, Słowo to spełnienie obietnicy Pana Boga wobec wszystkich nas ludzi. Słowo to Miłość spełniona i wszystkie jej owoce nam dane przez naszego Ojca Niebieskiego. Słowo to skała - tak mocna i niewzruszona, że choćby wszystkie kataklizmy przeciw niej się obróciły, to jej nie pokonają. Słowo to istnienie - niezachwiane i pewne. Słowo to wiara w czyn przeobrażona. Słowo to szacunek dla innych ludzi, dla siebie samej i siebie samego. Słowo to myśli w nim zawarte i Święta Energia Żywa.

A co do samych pieniędzy, a raczej nie przywiązywania do nich aż tak wielkiego znaczenia, to mieliśmy okazję uczyć się tego wiele razy. Czasem brak kilku monet może być bardziej dotkliwy i sprawiać większe cierpienie niż strata dużych sum pieniędzy. Często się zdarzało, że kiedy mieliśmy już ostatnie pieniądze pojawiały się takie okoliczności i takie zrządzenie losu, kiedy byliśmy pozbawiani nawet i tych ostatnich groszy. Oczywiście, gdybyśmy nie chcieli, to by się tak nie stało, ale postępowaliśmy w myśl jednej zasady, aby pokornie przyjmować to wszystko, co nam przyniesie każdy dzień naszego życia. A w kwestii pieniędzy nie robiliśmy żadnego wyjątku.

Wielokrotnie zdarzało się i tak, że jakiś chłopiec, pomagający swemu ojcu pracującemu jako ochroniarz osiedla, zjawiał się po cotygodniową opłatę w najmniej korzystnej dla nas chwili. Akurat wtedy, gdy zostawało nam tyle pieniędzy ile wynosiła właśnie ta opłata. Skoro przychodził ją zainkasować nie mogłem mu powiedzieć, że nie mamy pieniędzy, bo byłaby to nieprawda. W sumie nie mogliśmy się przeciwstawić takiemu zrządzeniu losu, więc oddawaliśmy mu te nasze ostatnie grosze, które wtedy były całym naszym majątkiem. W końcu on i cała jego rodzina też potrzebują za coś żyć. A jak mi opowiadał przy jakiejś okazji, podjął wieczorowe studia. W dzień pracuje na pełny etat a uczy się w nocy. Cóż, życie też go nie rozpieszcza, więc doskonale go rozumieliśmy.

Inną taką osobą, której nie byliśmy w stanie odmówić pomocy była żona ogrodnika. Jakiś czas wcześniej razem ze swoim mężem szukali pracy, a że trafili do nas w takim dniu, w którym nie było z nami aż tak źle pod względem finansowym, więc zgodziliśmy się na uporządkowanie przez nich naszego ogródka przed domem. Opowiedzieli nam przy okazji, że właśnie się przeprowadzili i nie zdążyli się nawet dobrze zorganizować w swoim nowym miejscu zamieszkania. Nie mieli na czym ugotować obiadu, jak również nie zdążyli nawet kupić sobie niczego do jedzenia. Wobec tego podarowaliśmy im kuchenkę elektryczną, (którą mieliśmy w rezerwie na wypadek gdyby akurat skończył się nam gaz w zbiorniku) oraz trochę jedzenia. Byli za to bardzo wdzięczni, a my byliśmy zadowoleni, mogąc komuś się przysłużyć.

Jak się później okazało, to był dopiero początek tej pomocy. Po niedługim czasie przyszła tylko sama pani i z rozpaczą w głosie opowiedziała nam o stracie swego małżonka, który odszedł z tego świata. Sama zaś też nie czuła się dobrze, a w dodatku czekała ją jakaś operacja. Długo się nie zastanawialiśmy. Mieliśmy przecież jeszcze jakieś niewielkie pieniądze i trochę jedzenia, więc oddaliśmy jej wszystkie, a jedzeniem się podzieliliśmy zostawiając sobie tylko tyle, żeby nam starczyło na następny dzień.

Taka sytuacja z wdową po ogrodniku powtórzyła się jeszcze może trzy lub cztery razy. Przychodziła do nas często. Pojawiała się nawet późno w nocy prosić o wsparcie, opowiadając o swoim stanie zdrowia po dokonanym już zabiegu. Stawało się to dla nas trochę uciążliwe. Podejrzewaliśmy, że nadużywa naszej pomocy. Aż w końcu jej odmówiliśmy mając tego niezbity dowód - poczuliśmy od niej alkohol. W tym przypadku to już było za wiele. Sami sobie odmawialiśmy jedzenia, oddawaliśmy jej ostatnie pieniądze, żeby tylko jej pomóc, a ta pomoc była w naszym odczuciu marnowana. Byliśmy tym bardzo rozgoryczeni. Staraliśmy się tylko jej nie krytykować, pozostawiając osąd całej tej historii Najwyższej Instancji.

To przykre doświadczenie nie zmieniło naszego nastawienia do ludzi. Kiedy tylko mieliśmy okazję, gdy ktoś prosił o pomoc lub jej potrzebował to jej udzielaliśmy. I nie ważne czy to był jakiś zwykły przechodzeń na ulicy czy też jakaś inna osoba z pośród tych wszystkim, które tworzą jedyny w swoim rodzaju ten miejski folklor, śpiewając w autobusach, tańcząc na przejściach dla pieszych lub wykonując jakieś ekwilibrystyczne popisy z wykorzystaniem zwykłych piłeczek albo płonących pochodni czy po prostu myjąc szyby samochodów na skrzyżowaniach ruchliwych ulic, nie wspominając już nawet o tych wszystkich sprzedających picie, jedzenie, przekąski i gazety, którzy już nie są dla nas jakąś natrętna plagą wyłudzającą pieniądze, za którą ich wcześniej krzywdząco uważałem, lecz są takimi jak my ludźmi każdego dnia walczącymi o swój, a może nie tylko swój byt tu i teraz na tej Ziemi, w tej jakże maleńkiej i niepozornej chwili, w której niemal niezauważenie przeszłość z przyszłością stykają się ze sobą tak delikatnie, tworząc tym samym piękną tajemnicę wiecznej teraźniejszości.

A czy ci ludzie robią to wszystko tylko dla własnej przyjemności czy też samo życie ich do tego zmusza? Kiedy im nie pomagasz, to czy przypadkiem nie wydajesz na siebie wyroku swym bezdusznym sercem? Jaka w takim razie jest relacja między wykształceniem a brakiem zwykłych, ludzkich odruchów, między umysłową inteligencją a inteligencją serca? Sam fakt negowania przez umysł istnienia tej drugiej nie jest przypadkiem potwierdzeniem jego własnej ułomności? A jeśli by tak było, to w jaki sposób coś ułomnego może kierować naszym życiem? A kim byłybyśmy my same i bylibyśmy my sami dając pełny posłuch czemuś tak ułomnemu? Miałybyśmy i mielibyśmy na tej ułomności całkowicie polegać oraz jej zaufać?

A może to właśnie ci wszyscy inni ludzie są dla Ciebie motywem, natchnieniem i pretekstem do wydobycia twego człowieczeństwa? Może Cię prowokują do okazania im trochę współczucia, pomocy, zwykłej troski i odrobiny serca? Może to ci wszyscy żebrzący na ulicy są wskaźnikiem człowieczeństwa ludzkości odwrotnie proporcjonalnym do ich liczby, czyli potwierdzającym brak ludzkich odruchów serca, bo im więcej takich przypadków widać na około tym więcej mamy powodów by się wstydzić za nas same i samych, nie potrafiących i nie mających odwagi podjąć tak zwykłego i prostego działania jakim jest podanie pomocnej dłoni. Nieco pomocy - tylko tyle, nic więcej, a jednocześnie tak ogromnie dużo, bo nie wszystkich na to stać. Jedynie tak bardzo niewiele osób potrafi się na to zdobyć.

Tak wiele potrzeb widać wokół i jest tak wiele niewykorzystanych możliwości ich zaspokojenia. A może być zupełnie inaczej! Czy rzeczywiście w tym świecie, który same i sami tworzymy, od razu musi się to wydawać utopią, z góry niepoprawnym i niespełnionym naiwnym marzeniem? Czy naprawdę nie stać nas - ludzi i każdej osoby bytującej teraz na taj Planecie - nie stać na zwykłe człowieczeństwo? Czy w głębi swego serca i na samym dnie naszej duszy nie czujemy, słyszymy głośnego, chociaż czasem i niemal całkowicie stłumionego sprzeciwu na tak wielką niesprawiedliwość mającą teraz miejsce, a obrazę Majestatu samego Ojca Stworzyciela stanowiącą?! Czyż skazywanie innych ludzi na taki los, bierne na to przyzwolenie nie jest też obrazą i dla naszego człowieczeństwa?

Aby ulżyć losowi innym, to wielokrotnie zastanawiałem się czy sam byłbym w stanie z czegoś zrezygnować. Czy na przykład byłbym w stanie kupić sobie zamiast droższego i lepiej wyposażonego - jakieś tańsze auto, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przekazać potrzebującym. Innym razem rozmyślałem, czy byłbym w stanie zaprosić pod swój dach jakiegoś bezdomnego i udzielić mu schronienia choćby na jedną noc. Cały czas nie opuszcza mnie myśl, jak dużo lepszym i zupełnie innym byłby ten świat, gdyby dobre czyny przeważały te negatywne.

Może takie myśli tym bardziej mnie nachodziły, ponieważ sami byliśmy takimi potrzebującymi… Chodząc wielokrotnie ulicą do odległego sklepu by kupić odrobinę jedzenia, nie mogłem się powstrzymać od szukania na niej wzrokiem monet. Ciągle uważnie przyglądałem się wszystkiemu po drodze czy przypadkiem moim oczom nie ukarze się nagle sympatyczny widok jakiegoś ładnego pieniążka. Bardzo by się wtedy przydał, bardzo…

No właśnie, jednych mogłoby uszczęśliwić tak niewiele, a inni są nieszczęśliwi tak wiele posiadając. Tyle skrajności jest wokół nas. Jest tylu ludzi, którzy nawet nie wiedzą co robić z pieniędzmi. Ty idziesz ulicą i głowisz się skąd wziąć ich nieco więcej na zakupy, a ktoś obok ciebie przejeżdża „wypasionym” samochodem i nawet nie zauważa twego istnienia.

Jak wielu jest ludzi, którzy są niewolnikami „bogactw” materialnych, a którzy tak zazdrośnie ich strzegą albo niepodzielnie zawładnął nimi zwykły egoizm i brak współczucia dla innych. Jednak w swojej obronie zawsze mogą użyć takiego argumentu, że: „Skoro ja pracuję to mam, a jak inni nie pracują i nie zarabiają pieniędzy, więc niech umierają z głodu. Sami są sobie winni. Nie zdobyli odpowiedniego wykształcenia, nie zdobyli dobrej pracy, no to trudno, widocznie los tak chciał. Nie mam najmniejszego zamiaru poświęcać żadnych moich pieniędzy z tak wielkim trudem zdobytych na pomoc jakimś leniom i nierobom.”

Cóż, łatwo jest osądzać innych i oszukiwać swoje sumienie takim „racjonalnym” tłumaczeniem. Zapominamy, że często nie dzięki nam samym, ale dane nam było z Opatrzności Bożej mieć to wszystko. W braku swojej pokory myślimy arogancko, że tylko dzięki sobie osiągnęliśmy to wszystko co teraz posiadamy. Karmieni bez przerwy strachem i zwiedzeni wieloma fałszywymi obietnicami przyszłości staramy się za wszelką cenę zabezpieczyć sobie właśnie tę iluzoryczną przyszłość, która nie istnieje, ponieważ istnieje tylko teraźniejszość. Obawiamy się więc tego czego nie ma, tracąc z oczu to co jest, to co jest prawdziwe w tej właśnie chwili.

Olivii i mnie Duchowy Przyjaciel powiedział kiedyś: „Przestańcie się w końcu martwić o jutro. Żyjcie dniem dzisiejszym”. Pozbycie się takiego zamartwiania wydaje się być jak jakąś zdradą lub porzuceniem własnej natury. Zamartwianie się to chyba druga natura człowieka. Jak się nie martwić o to, co będzie jutro? Nie mamy pracy, nie mamy żadnych funduszów emerytalnych, nie mamy żadnych ubezpieczeń. A co będzie z nami, jak stracimy siły do pracy i kiedy będziemy starzy? Co będzie z naszymi dziećmi i ich przyszłością? Jak w ogóle będą studiować i jak znajdą pracę bez żadnego wykształcenia? Jakie będzie ich przyszłe życie? I co w ogóle z nami będzie?

Te i podobne pytania nie dawały nam spokoju. Ciągle staraliśmy się o tym pamiętać, żeby nie martwić się o przyszłość. Nie było to łatwe, aż w końcu po tych wszystkich naszych przejściach i doświadczeniach, po tych trudach dnia codziennego przestaliśmy w końcu myśleć o tym co będzie z nami w bliższej czy dalszej perspektywie czasu. Skupiliśmy się na możliwości przeżycia każdego dnia, na tym, że dzięki pomocy z Nieba codziennie mamy co jeść i mamy dach nad głową. Mamy naszą pracę, choćby była tymczasowa i dorywcza, a nawet ochotnicza, to jednak każdego dnia jesteśmy wdzięczni Opatrzności za ten cud przetrwania i życia, niezmiennie i stale dokonujący się każdego dnia na naszych własnych oczach.

Aż w końcu przestaliśmy się bać. Dosłownie, już się wcale nie boimy tego, co będzie jutro. Teraz jesteśmy szczęśliwi mając co jeść każdego dnia i już się nie boimy żadnego nowego dnia. Wierzymy, że zawsze będzie tak samo, że zawsze tego i każdego dnia, wiecznego teraz, wiecznego dzisiaj, w wiecznej teraźniejszości będzie tak samo dobrze a nawet jeszcze lepiej. I choćby miałoby się kiedyś powtórzyć nasze głodowanie, to i tak ze spokojem je przyjmiemy, bo widocznie czemuś ma ono służyć, skoro dane by nam było ponownie tego doświadczyć. Wola Wysokości.

A zatem, jaki jest dzisiejszy dzień? Dzisiaj wszystko jest dobrze, jesteśmy szczęśliwi ciesząc się zdrowiem. Jesteśmy szczęśliwi, bo także jesteśmy razem i dzisiaj mamy co jeść. Mamy dach nad głową, dzisiaj Słońce świeci na niebie wysoko oraz z Wysokości pomoc dla wszystkich nadchodzi, która jest najbardziej niezawodna ze wszystkich. Mamy opiekę samego Ojca Niebieskiego, któremu w ufności powierzamy powodzenie, a Jego dłoń pewnie i bezpiecznie prowadzi nas przez wszelkie zawirowania codziennego życia. W Nim znajdujemy odpoczynek i wytchnienie, ponieważ uwalnia nas od samych siebie i od naszego niepotrzebnie zatroskanego wysiłku istnienia i walki o byt, walki o przetrwanie. Już nie jesteśmy tak zmęczeni tą codzienną szarpaniną i bieganiną. W Nim znaleźliśmy spokój i mamy odpoczynek od tego ambitnego zgiełku ludzkich dążeń, od tego całego wyścigu do nie wiadomo czego.

Skrócenie perspektywy swego życia do jednego tylko dnia w sposób diametralny zmienia postrzeganie właśnie tego życia. To jest piękne uczucie. To jest niczym uczucie wolności, uczucie wyrwania się spod jakiegoś pręgierza, jakiegoś ogromnego ciężaru stale przygniatającego do samej ziemi. Nic się nie liczy tak jak życie. Nic nie jest tak ważne w tym istnieniu jak właśnie cud istnienia. Nie ma żadnej innej i większej wartości niż samo życie! Liczy się życie i tylko życie! Może dlatego z Olivią straciliśmy wszystkie pieniądze, aby zdobyte dzięki temu doświadczenia pozwoliły nam zrozumieć tę jakże ważną Prawdę, że nie ma większej wartości ani większego daru niż ten, jaki właśnie posiadamy, a którym niezmiennie i wciąż na nowo jest samo wspaniałe życie.

Wszystkie inne narzucone nam wzorce (nie życia, ale marnej egzystencji oraz mało rozumnego) trwania w pułapce materialnych „bogactw”, okazują się tylko, (trzeba tu jednak obiektywnie przyznać - misternie i precyzyjnie zbudowanym) bezwartościowym światem iluzji. Takim światem, który o tyle jest jeszcze bardziej niebezpieczny, ponieważ skazuje nas na samotność, oddziela nas od siebie, a przede wszystkim od Źródła Życia, zamykając nas w pułapkach materii, bogactwa, pieniędzy, władzy.

Jest to takie wstecznictwo, które w tej swojej prymitywnej postaci jest tyle warte co sam egoizm. Zasklepiając się w nim zachowujemy się gorzej niż jaskiniowcy, którzy pomimo całego swego prymitywnego istnienia potrafili jednak tworzyć małe wspólnoty, stadnie współistnieć, bytować, wspólnie sobie radzić, przebywając w byle jakich grotach, które zarazem stanowiły ich własny pierwszy dom. Obecnie niejednokrotnie im dorównujemy w walce o byt i o przetrwanie. A czasem nawet ich przewyższamy we wzajemnym zwalczaniu się o tak „szczytny cel” jakim jest i większy stan posiadania, i pieniądze same w sobie. Na drodze do ich osiągnięcia tak niefrasobliwie potrafimy deptać wszystkich i wszystko to, co pięknymi wartościami być się ośmieliły, jednak bezwartościowymi w tej materialnej rzeczywistości, bo ta materialna rzeczywistość całkowicie tych pięknych wartości sama się pozbawiła.

A co do utraconych wartości to jeden przykład. Mianowicie spośród wielu różnych szkoleń w pracy szczególnie jedno mocno utkwiło mi w pamięci. Bardzo mi się spodobało dzięki pięknemu przesłaniu, ale o tym za chwilę. Najpierw o samej zabawie. Zostaliśmy podzieleni na kilka grup. Każda przedstawiała jakiś kraj i mogła porozumiewać się tylko ze swoim sąsiadem. Każdy kraj miał różne zasoby naturalne. Tylko niektóre z nich się powtarzały. Jednak żadna grupa nie posiadała ich wszystkich. Należało więc je skompletować, by wygrać współzawodnictwo z innymi państwami. Każde z nich otrzymało te same środki przymusu bezpośredniego, czyli tę samą liczbę gumowych piłeczek, dzięki którym można było wywołać oraz prowadzić wojnę przeciwko jakiemuś „opornemu sojusznikowi”, który nie chciał dobrowolnie oddać swoich dóbr naturalnych.

Rzecz oczywista, że do pewnego etapu cała współpraca między krajami układała się nad wyraz dobrze i pokojowo, bo tylko do czasu kiedy jakiś sojusznik się buntował i odmawiał swojej dalszej współpracy. Wtedy sięgaliśmy po piłeczki. Po bitwie zwycięzca się cieszył, przegrany zaś oddawał wszystkie swoje zasoby. Aż w końcu doszło do impasu i nikomu nie udało się zgromadzić wymaganego kompletu tychże dóbr naturalnych, więc nikt nie wygrał. (Piłeczki się skończyły). Wobec tego do akcji wkroczył prowadzący szkolenie, tłumacząc wszystkim na czym polegała cała rzecz. Otóż, wszystko można było zakończyć w sposób jak najbardziej pokojowy i zwycięski dla każdej grupy. Cała tajemnica polegała tylko na tym, że dobra naturalne zostały tak podzielone, aby nie były one dostępne od żadnego bezpośredniego sąsiada. W celu ich pozyskania każdy kraj musiał skorzystać z pośrednictwa właśnie swego sąsiada, by od innych - bardziej odległych państw - zgromadzić wszystkie potrzebne dla siebie zasoby naturalne.

I w ten sposób dzięki współpracy wszystkich na rzecz wszystkich, każdy kraj wymieniając się dobrami naturalnymi między sobą był w stanie zgromadzić je wszystkie. Nie było więc przegranych, byli sami zwycięzcy.

Szkolenie - szkoleniem, tylko czy to jest sama teoria czy też jakiś idealny i genialny w swej prostocie sposób na zaspokojenie potrzeb wszystkich mieszkańców Ziemi? Samo szkolenie tak mądre uzmysłowiło mi, że przecież na tej Ziemi mamy wszystkiego pod dostatkiem, dosłownie wszystkiego czego nam tylko potrzeba do życia w dobrobycie. Włącznie z żywnością i pitną wodą (bez najmniejszego wyjątku) dla każdego mieszkańca naszej Pięknej Planety. Cały kłopot polega tylko na tym, że komuś najwyraźniej zależy na utrzymywaniu nas w niesprawiedliwych podziałach, dysproporcjach i ograniczeniach, jednocześnie kształtując nas na zawistnych strażników tego wszystkiego co naszym nie jest, a czego pilnujemy i bronimy z taką zazdrością, zawiścią i egoizmem jakby tylko do nas należało.

Myśląc o tym w kategoriach bliższych nam wszystkim można się pokusić o popuszczenie wodzy wyobraźni, by stopniowo tworzyć idealny świat wokół nas. Wyobraźmy sobie na przykład, że dzielimy się swoimi zasobami materialnymi najpierw w swoich rodzinach. Dbamy o to, żeby nikt - na sam początek - z naszych najbliższych krewnych nie cierpiał żadnego niedostatku i nie zalegał z żadnymi opłatami, podatkami, nie miał długów. Na dobry początek wystarczyłoby to uczynić właśnie w ten sposób. Potem, (bo pozostać na tym etapie byłoby przecież zbyt łatwe) postaralibyśmy się, by poziom naszego życia, dalej mowa o naszych rodzinach, był taki sam. Taki sam standard mieszkania lub domu, taka sama wersja „bryki” (niekoniecznie ten sam model, żeby było pewne urozmaicenie) i taki sam zasób środków finansowych. (Może już nie taki sam zapas pożywienia w lodówkach, bo tutaj potrzeby mogą być różne w zależności od różnych proporcji i objętości tego podręcznego magazynu, który wszyscy na wysokości pasa posiadamy… hi hi hi…)

A co z osobami samotnymi, które nie mają swych rodzin? Wtedy należałoby taki model życia, takie rozwiązanie wprowadzić wśród naszych znajomych lub wśród najbliższych sąsiadów. Najpierw z tego samego bloku, kamienicy czy też skupisk domów jednorodzinnych. A w ogóle to taki program wyrównania poziomu życia mógłby przebiegać równolegle - między krewnymi oraz między sąsiadami. Byłoby szybciej i łatwiej.

A potem to już z górki, bo wśród całych osiedli i dzielnic, następnie wśród całych miast i miejscowości podmiejskich oraz pomiędzy całymi regionami kraju, które łączyłyby się ze sobą w większe jeszcze terytoria. Aż w końcu na poziomie całego państwa i pomiędzy nimi wszystkimi, by ostatecznie osiągnąć ten sam poziom życia w skali całej Ziemi. Proste. Moim zdaniem kluczem do pełnego powodzenia takiego planu potrzebna jest tylko jedna jedyna rzecz, mały szczegół: ŚWIADOMOŚĆ. Świadomość i zrozumienie tej wielkiej tajemnicy, że razem możemy wszystko, dosłownie wszystko. I nic ani nikt nie może nam przeszkodzić w wykonaniu tego szczytnego, a zarazem pięknego i szlachetnego, sprawiedliwego i człowieczego, wzniosłego i boskiego planu! Gdyż kiedy poziom świadomości, zrozumienia będzie wystarczający, to wtedy będziemy naprawdę zdolni do prawdziwej miłości, która jest kluczem wszystkiego, bo bez miłości jesteśmy nikim.

Wiem, wiem, zaraz mi powiesz, że to niemożliwe, i że to są same mrzonki. Kto przy zdrowych zmysłach zgodziłby się na coś takiego i chciał to urzeczywistnić? A czy obecna sytuacja, panująca w różnych krajach, nawet bezpośrednio sąsiadujących ze sobą - kiedy w jednych jest wszystko, a zaledwie kilkadziesiąt kilometrów dalej inni ludzie nie mają dosłownie żadnych warunków do życia i wzajemnie się mordują - świadczy, że taki porządek rzeczy powstał i utrzymuje się dzięki zdrowym zmysłom?!

Już nawet do takiego potwornego stopnia jesteśmy pozbawieni człowieczeństwa, że inny człowiek i jego życie nic dla nas nie znaczy?! Przecież to nie jest nikt inny jak Twoja i moja Siostra i Brat! Czyż nie pochodzimy od tych samych ziemskich rodziców i nie jesteśmy prawdziwie jedną rodziną? A jeśli ten argument nie jest wystarczający, to czy nasze duchowe pochodzenie nie mówi nam wyraźnie, że wszyscy bez wyjątku Tego Samego Wspólnego Ojca Niebieskiego mamy?! Przecież wszyscy bez wyjątku, bez żadnego najmniejszego wyjątku jesteśmy Jego dziećmi i jedną rodziną, rodziną z całej ludzkości się składającą!

Jak bardzo dalecy jesteśmy od tej Prawdy będąc w stanie dopuszczać się tych wszystkich niegodziwości, zbrodni, okrucieństw i podłości! Jak wielce ludzkie serca potrafią być tak nieczułe i nierozumne? Jak bardzo ludzkie serca potrafią być tak nieczłowiecze i pozbawione jakichkolwiek uczuć współczucia, zrozumienia, potrzeby pomocy, ulżenia w cierpieniu czy przede wszystkim ratowania życia innym! Jak to możliwe, że ludzkie serca są tak zaślepione i skamieniałe? Jak to możliwe, że ludzkie serca umarły i nie są w stanie żyć miłością bliźniego?!

Nadejdzie ten dzień, bez najmniejszej wątpliwości jeszcze nadejdzie ten dzień, w którym Pan Bóg nauczy ludzkość człowieczeństwa i nauczy prawdziwej miłości, nauczy troski o drugiego człowieka, a przede wszystkim nas wszystkich nauczy  o k a z y w a n i a  należytego szacunku i miłości Jemu Samemu!!!

Już zapomnieliśmy o Jego przestrogach i  pouczeniach. Już nie pamiętamy Jego nauk i nie chodzimy Jego Drogami. Za nic mamy Jego słowa i obietnice. Wydaje się nam, że Pan Bóg zapomniał o nas i o całym tym świecie. Wydaje się nam, że już nigdy nie nastaną dla nas lepsze dni. Wydaje się nam, że zostaliśmy pozostawieni sami sobie i oddani na pastwę ślepego losu. Tak, można odnieść takie wrażenie. Sam również wielokrotnie ulegałem rozpaczy z powodu tego wszystkiego co tak ohydnego dzieje się na tym świecie…

Pozostała nam tylko i aż wiara, nadzieja i miłość. Inaczej byłoby już po nas. Pan Bóg nie spieszy się w Swych osądach, ale kiedy one już nastąpią, to są sprawiedliwe. I ten czas, tego sprawiedliwego osądzenia nas wszystkich jest coraz bliżej. Nie jest to żadne straszenie, ale czy nie tego właśnie chcemy wszyscy my, którzy jesteśmy złaknieni sprawiedliwości? I którzy z takim utęsknieniem czekamy na ten czas, aby dumnie podnieść nasze głowy i cieszyć się Prawdą i być przez nią wyzwoleni? Tak, to właśnie jesteśmy my - wszyscy ci, którzy tęsknimy za przyjściem tego dnia, w którym naprawdę uświęcone zostanie Imię naszego Ojca Niebieskiego i cała Ziemia dla wiecznej Jego chwały zgodnie z wszystkimi jej narodami odda należną cześć - okazaniem sobie miłości, wzajemnym poszanowaniem i troską o życie - Jedynemu, Najpotężniejszemu Stworzycielowi Wszechświata! 

Koniec rozdziału trzeciego oraz dostępnego urywku książki. Jeśli ktoś zechciałby ją opublikować, to prosimy o kontakt: vicers.wj@gmail.com lub telefonicznie: +52 899 22 00 488. Dziękujemy.